Dyżurny Psychiatra Kraju

Podziel sie jesli znajdziesz cos ciekawego

Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Śr lip 29, 2015 7:32 pm

Żniwa.



--------------------------------Obrazek










--------------------------



To było dawno, w epoce życia szczęśliwego. Wprowadziliśmy się do nowego domu w Gołąbkach. Budynek w stanie surowym, pracowali jeszcze murarze. Abym nie przeszkadzał, ojciec postanowił wywieźć mnie do rodziny na wieś.


Na stacji w Żychlinie czekał na nas stryjek Franek bryczką, zaprzężoną w dwójkę koni. Jechało się wygodnie jak karetą. Kawałek od poznańskiej szosy, w miejscu gdzie stała kapliczka Matki Boskiej, zaczynał się Ernestynów. Otwarta brama zapraszała w gościnę. Serdecznie wita nas babcia i dziadek, ciocia Frania i dzieciaki.

Pogodne lato. Lekki wiatr kołysze dojrzewające zboże. Cudowny, złoty ocean falujący miarowo, a wraz z nim lazurowe wyspy chabrów i płonących czerwienią maków. Zaczęły się żniwa. Szast, szast i mleczne źdźbła kładły się równo pokotem, by zaraz sprawnie zebrane, związane liną powrósła, stanąć w zwartym szeregu mendla. Teraz blond czupryna kłosów, mogła dosychać w słońcu gorącego lata. Co jakiś czas żniwiarz stawał wyprostowany i wyciągniętą zza paska osełką ostrzył kosę. Miarowe, metaliczne szurnięcia mieszały się ze śmiechem, lub śpiewem pracujących ludzi.

Jako sześcioletni brzdąc, nie miałem nic do roboty. Chodziłem po polu i obserwowałem nieznany dotąd świat. Rżysko kuło w stopy, a ja wdychałem cudowny zapach ściętego, dojrzałego zboża. Stąd rozpościerał się widok na całą wieś. Oto rząd stodół, które rozsiadły się jak baby w grubych, słomianych sukniach strzech. Z dala lśniły soczystą zielenią liście drzew osłaniających gospodarstwa od wichrów, dając ukojenie ludziom i zwierzętom w chłodzie cienia.

Co jakiś czas w kierunku wsi, wyruszał wóz drabiniasty naładowany snopami. Płynął jak złocisty okręt wśród falujących łanów. Skrzypiał i bujał się lekko na wybojach polnej drogi, by zniknąć w paszczy stodoły. Po godzinie pojawiał się znowu. Teraz pusty i lekki gnał radośnie, ciągniony przez dwójkę dziarskich koni, hurkocząc po kamieniach. A woźnica stojąc w rozkroku jak Rzymianin na bojowym rydwanie ścigał się z wiatrem, by po krótkiej, szalonej jeździe, skręcić na ściernisko. I znowu pracowite dłonie ładowały snopy i mały wóz zamieniał się w stertę słomianego złota zmierzającą do wciąż głodnej stodoły.

Kiedy słońce przestało palić i wędrowało z wolna ku zachodowi, na drodze pojawiała się drobna sylwetka, która przesuwała się wolniutko od strony wsi. To babcia niosła żniwiarzom podwieczorek. Oto pękaty dzban z kawą zbożową zabielaną mlekiem i kosz wyłożony bielusieńką, wykrochmaloną serwetą. W ściereczce zawinięty chleb. Pyszny, prawdziwy chleb, zawsze świeży, choć wypiekany raz w miesiącu. W drugiej ściereczce ser o niepowtarzalnym, wykwintnym smaku. I masło. Prawdziwe, świeżutkie, silnie pachnące…masłem. I jeszcze pyszne ciasto drożdżowe i konfitury. Jeszcze króciutka modlitwa i można zabrać się do uczty.

Te podwieczorki pod dziką gruszą na miedzy, wśród aromatów złocistych łanów, śpiewających polnych ptaków i bzyczenia owadów, były najbardziej wytwornymi, jakie kiedykolwiek jadłem. A apetytu dodawał jeszcze pełen miłości uśmiech i babcine błogosławieństwo.

Mijały dni. Wreszcie przepełnione stodoły, nie mogły przyjąć już więcej snopów. Urodzaj. Resztę plonów trzeba było składać w stogach.

Któregoś popołudnia, gdy żniwa dobiegały końca, niebo pociemniało od zachodu. Zbliżała się wielka chmura. Najpierw szara, lekko przymglona, wyglądała jak śpieszące ku wiosce, potężne, siniejące w oddali szczyty Tatr. Teraz ciemniała szybko i wydawała groźne pomruki chcąc wystraszyć słońce, które jakby na zapas zaczęło przypiekać mocniej, jeszcze mocniej niż w południe.

Rolnicy, jak niegdyś marynarze na statku zwijający żagle przed sztormem, zbierali pośpiesznie co mogli z pól, zgarniali niespokojne krowy z pastwisk i szybko zaprowadzali do bezpiecznych obór.

Przez moment kolory świata nabrały ostrości. Zieleń olszyn pod Odolinem i czerwień dachówek na tle ciemnogranatowej chmury i złoto stogów ustawionych jak babki z piasku, a nawet pióra dumnego koguta, który pieniem zwoływał kury do jaskrawo bielejącego kurnika, gdy zgasło słońce i na dworze pociemniało. Gwałtowny podmuch wiatru uniósł z podwórka tuman kurzu, źdźbła słomy, jakieś papiery. Zawirował i ucichł. W pewnym momencie niebo rozświetliła błyskawica i rozległ się potężny grzmot, potem drugi. Teraz wiatr zerwał się na dobre i lunął deszcz. Konary drzew wygiętych do samej ziemi, oddawały pokłon żywiołowi.

Siedzieliśmy w letniaku. Ogień pod kuchnią rwał do komina wciągany wichurą. W oknie postawiono gromnicę. Nasza ukochana babcia uklękła i zaczęła modlić się do św. Floriana, by uchronił wieś przed pożarem. Była bardzo pobożna. Codziennie patrzyłem, jak w jej pooranych ciemnymi bruzdami, spracowanych palcach, przesuwają się wolniutko koraliki różańca.

Burza była gwałtowna. Opętany szaleństwem wicher połamał gałęzie, niebo jaśniało tysiącem błyskawic, a wszystko trzęsło się i drżało od ciągłego grzmotu piorunów. I nagle ucichło. Znowu zaświeciło słońce, a ziemia została nagrodzona przez Jubilera Świata milionem brylantów rozsianych rosą po trawie.

Tego dnia już nikt nie wyszedł w pole. Szczęśliwi ludzie dziękowali Bogu, że zdążyli zwieźć swoje plony przed nawałnicą. Było cicho i spokojnie. Gdzieś muczała krowa, zaszczekał pies. Zachodzące słońce rozlało swą purpurę nad ścierniskami, a korale jarzębiny, czerwieńsze niż zwykle, przypominały o nadchodzącym końcu lata.

Kiedy rolnicy zakończyli obrządek i wieczorny udój, księżyc rozświetlił swym metalicznym blaskiem sufit świata. Zamigotały gwiazdy wsłuchane w cykanie tysięcy świerszczy i cichy szum liści poruszanych lekkim zefirkiem. Cudowna filharmonia natury, utulała wieś do snu.

To taki obrazek z roku 1959. Chciałbym dodać, że po żniwach, zazwyczaj w jedną z wrześniowych niedziel, w większych wioskach odbywały się dożynki. To ludowe Święto Plonów, typowo słowiańskie, w Polsce szczególnie uroczyście i pięknie obchodzone. Dożynki zaczynały się mszą dziękczynną za plony, po której odbywała się część oficjalna powiązana z pięknymi zwyczajami ludowymi, a wieczorem kończyły się zabawą przy muzyce ludowej, która była elementem naszego wspaniałego folkloru.

Współczesne dożynki mają miejsce w gminach. Część oficjalna to bredzenie o „zdobyczach cywilizacyjnych”, dopłatach, ( 70 % niższych niż otrzymuje rolnik niemiecki czy francuski) a wszystko dzięki masońskiej Unii Europejskiej, dzięki której polski rolnik jest szczęśliwy. Dożynki kończą się dyskoteką przy podrygach nachlanych, lub naćpanych uczestników, w rytm barbarzyńskiego łomotu satanistycznej „muzyki”.

Istotnie, wieś została zmechanizowana, ale fakt ten zwielokrotnił koszty produkcji. Ceny maszyn są jak na Zachodzie, a ceny skupu uwłaczające godności ludzkiej. Paliwo droższe niż w innych krajach. Dziś, aby kupić zagraniczny ciągnik, lub inną maszynę, rolnik musi wziąć kredyt z żydowskiego banku na lichwiarski procent. Prawie każde gospodarstwo rolne jest zadłużone. Wielu rolników nie może udźwignąć ciężaru lichwy, a przede wszystkim bandyckich odsetek i gospodarstwo przejmuje bank. Wtedy rolnik zmienia zawód i zostaje żebrakiem, a jeśli jest młody, szuka szczęścia na emigracji. Podczas gdy w opisywanym przeze mnie okresie pracę rolnika szanowano i to bardzo, a jego praca była opłacalna, tak teraz najczęściej koszty produkcji są wyższe od cen skupu. Kiedyś rolnik uprawiał i hodował to, co było dla niego najbardziej opłacalne. Mógł hodować zwierzęta jakie chciał i ile chciał, teraz jego uprawy są szpiegowane przez system satelitarny, a zwierzęta czipowane. Jeśli nie zgłosi w odpowiednim czasie narodzin cielaka, grozi mu odebranie dopłat. Takiej inwigilacji i totalitaryzmu na polskiej wsi nie było w historii naszych dziejów, nawet w okresie okupacji hitlerowskiej. Polski rolnik, na własnej ziemi, stał się niewolnikiem bardziej zniewolonym i upodlonym niż w czasach pańszczyzny, a posłowie i rządziciele nazywają ich zwyczajnie – chamami. To określenie nie raz słyszałem w Sejmie. A eurodebile śpiewają „Odę do radości”!

Wynikiem żydo-masońskich działań, jest masowe wywłaszczanie rolników. Widziałem całe duże wyludnione wsie. Nie tylko na wschodzie Polski, ale i w centrum. Taka sytuacja ma miejsce na zachodnich obrzeżach Puszczy Kampinoskiej i nie tylko. Oto wieś Smolarnia w okolicach Radziwiłowa k. Skierniewic. Cisza. Nie słychać szczekania psów, muczenia krów, tylko wiatr świszcze między całkiem dobrymi budynkami. Drzwi i okna domów, podobnie sklepu, gdzie tętniło niegdyś życie, zabite deskami, a wokół ugory na których rosną już dorodne brzozy i jakieś krzewy. Jak w okolicach Czarnobyla. Różnica między tymi opuszczonymi wioskami jest tylko taka, że w Czarnobylu była katastrofa atomowa, a w Polsce mamy katastrofę Unii Europejskiej. I jeszcze jedno: Starzy ludzie z okolic Czarnobyla wracają, by jako wolni ludzie umrzeć na swojej ziemi. U nas starzy ludzie umierają zatruwani żywnością i trucizną zrzucaną z samolotów na cały kraj (patrz chemtrails, lub smugi chemiczne). Ale ścigani przez Urzędy Skarbowe, banki, bandyckie „firmy” windykacyjne i bezlitosnych, ateistycznych, szubrawych komorników, nie umierają jako wolni ludzie. Tak w Polsce, wcześniej czy później na ziemiach opuszczonych przez wyżyłowanych rolników powstaną kibuce. I produkcja rolna będzie się opłacała! Z podatków, z naszej krwawicy będą takie dotacje, że członek kibucu osiągnie zarobki ministerialnych urzędasów!


Obrazek



A jak wyglądają żniwa dziś? Dziś pan Mundek wsiada na kombajn i szybko goli areał. Praca jest lżejsza niż za czasów tow. Gomułki, ale wielokrotnie droższa, bo utrzymanie konia kosztowało grosze i pasza dla niego była z własnego pola bez vatu i akcyzy. Teraz kombajn kosztuje tyle co kilkadziesiąt koni pociągowych, a paliwo trzeba kupić z vatem i akcyzą, które stale rosną, bo współczesne rządy nie znają umiaru. Na podwieczorek pan Mundek zje parówki, w których nie ma mięsa, za to nasycone różnymi rakotwórczymi „E”, „C” i innymi świństwami. Przegryzie chlebem nafaszerowanym pogarszaczami i popije piwem, w którym zamiast chmielu jest zwierzęca żółć, albo wiklina – to (nowoczesne technologie) stosowane w celu upodobnienia „piwa” do piwa. Niestety rolnicy coraz rzadziej produkują żywność domowymi sposobami, tylko kupują zatrutą w hipermarketach należących do obcych. Dlaczego? Oni po prostu nie mają czasu, mają go mniej niż na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Bo kiedyś konia nie trzeba było reperować, a maszyny – im nowocześniejsza, tym szybciej się psuje. Nie stać rolnika na reperację w specjalistycznych zakładach, naprawia więc sam. A to zajęcie bardzo pracochłonne. Kiedyś rolnik jechał ze swoimi płodami do punktu skupu i swoje płody sprzedawał od ręki i za godziwą cenę. A dziś ma problemy ze sprzedażą, bo rząd pozwala na sprowadzanie najgorszej jakości płodów z zagranicy. Na przykład pod młynem w Szymanowie, rolnicy czekają w kolejce po kilka dni i nocy, aby sprzedać zboże i nie zawsze zapłata pokrywa nakłady w uzyskanie plonu.


Obrazek


Ludzie mówią, że w rządzie są barany, brak jest gospodarza. Naprawdę? Wszyscy premierzy i ministrowie w ciągu 26 lat to debile? Nie, to celowa polityka, mająca na celu zniszczenie polskiego rolnictwa. Najpierw sukcesywnie i z wielką starannością niszczyli polski przemysł. A kiedy ta zbrodnicza robota została wykonana, z uporem niszczą rolnictwo i rugują chłopa z ziemi, którą uprawiał w znoju od dziesiątków pokoleń! I to nie jest problem tylko rolników. To żywotna sprawa każdego Polaka!

I jeszcze jedno: Do 1989 r. nikt nie słyszał o niedożywionych dzieciach na wsi, a dziś to plaga. Ale czasy!

Cezary Piotr Tarkowski, Dyżurny Psychiatra Kraju

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/zniwa ... ju-2015-07



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Pt lip 31, 2015 2:54 pm

Pracować u Żydówki.



W naszej umiłowanej Ojczyźnie, gdzie znakomita większość stanowisk decyzyjnych jest obsadzona przez Chazarów, aby dziennikarz dostał etat, a do tego jeszcze wierszówkę i mógł żyć na poziomie nie urągającym ludzkiej godności, musi spełniać odpowiednie psycho-anatomiczne warunki. Już podczas rozmowy kwalifikacyjnej z redaktorem naczelnym, powinien z zapałem wyrazić pragnienie walki z ksenofobią, wszechobecnym antysemityzmem i wykazać szalbierczą wiedzę o wiodącej roli Polaków w dziele holokaustu.


Obrazek


Odnośnie warunków anatomicznych, wskazane jest przedłożenie zdjęcia Rtg, na którym widnieje całkowicie odwapniony kościec osiowy tułowia – DECOMPRESSIO COLUMNA VERTEBRALIS. Kręgosłup bowiem winien być giętki jak wierzbowa witka. (Dziś pominę choroby psychiczne tej grupy zawodowej, zajmiemy się tym przy innej okazji, bo pacjentów są setki, może tysiące. Im pacjent więcej zarabia, tym poważniejsza jednostka chorobowa. A im poważniejsza jednostka chorobowa, tym chętniej jest przyjmowany do pracy).

Oczywiście można uniknąć przykrości bezrobocia. Ba, nawet jest możliwość znalezienia każdej wymarzonej posady. W tym celu należy bezwzględnie poddać się rytuałowi obrzezania (CIRCUMCISIO). Na pytanie – co należy zrobić z zasuszonym i odpowiednio spreparowanym napletkiem (PRAEPUTIUM), chętnie odpowiem bezrobotnym dziennikarzom i nie tylko. Czekam na listy do mojej wyimaginowanej kliniki.

W moim przypadku, akt rytualnego CIRCUMCISIO nie przyniósłby oczekiwanych efektów. Nos (NAUS) w kształcie skoczni narciarskiej, zdradza słowiańskie pochodzenie i w redakcjach nie wzbudza sympatii. Nawet w kolorowych piśmidłach dla kretynów płci obojga. Potentaci prasowi i ich redaktorzy naczelni posiadają z reguły nochale o krzywiźnie odwrotnej, czyli posiadają garb (GIBBUS NASI). Kulfon przypomina bardziej hak lub dziabas do gnoju. Niektórym NAUS wyprostowali antysemici nie uznający faktu że są tylko podludźmi, więc decydenci mają np. odstającą część małżowiny (AURICULA) ucha zewnętrznego (AURIS EKSTERNA), którymi mogą wachlować się w upały. Jeśli są mniejsze od organu słuchu słonia, to zazwyczaj dolna część AURIS tzw. płatek (LOBULE) jest przyrośnięty do kombinatorskiego łba – KEPEŁE (hebr.).

Pogodzony z losem, że nie zrobię kariery dziennikarskiej, podreptałem do redakcji pisemka ukazującego się w kilku dzielnicach Warszawy. Diabli wzięli ambicje, bo do tej pory pisałem tylko do gazet o zasięgu krajowym. – Lokalna gazeta, to chociaż nie będzie żydowska – pomyślałem i udałem się na rozmowę. Przed redakcją znajdującą się w części apartamentów pięknego szeregowca na warszawskiej Woli, stały dwie limuzyny należące do właścicielki. – No, chociaż nie będzie problemu z wynagrodzeniem – pomyślałem.

Przyjęła mnie sama pani redaktor i właścicielka gazetki. Jej entuzjazm i zachwyt moimi tekstami, połechtał moją próżność i uśpił czujność. – Bo po co są gały? – Żeby patrzały! A ja tak ogłupiałem ze szczęścia ze znalezienia pracy, że przestałem zwracać uwagę na szczegóły antropologiczne. Śmiało się do mnie blond czupiradło z haczykowatym organem powonienia i wyrażało perspektywy niewysłowionej rozkoszy, jaką będzie współpraca z panią redaktor. Co prawda wierszówka nie wygórowana, etat dopiero za pół roku (jak się sprawdzę), ale ona otwiera przede mną oszałamiającą karierę!

– A gdzie pan wcześniej pisał?

Nieśmiało wymieniłem kilka znanych tytułów, m. in. „Tylko Polska”.

– To już nie miał pan gdzie pisać, tylko dla tego…tego tam Bubla?

– Nie miałem…

Przez ułamek sekundy w oczach wielości judaszowych srebrników błysnęły dwa sztylety nienawiści, ale chwilę później , pani redaktor okazała ogromną radość z mojego powrotu na drogę cnoty.

– Będzie miał pan swoją rubrykę, więc proszę mi przynieść kilka, a najlepiej kilkanaście tekstów na zapas – powiedziała przymilnie.

Ostro wziąłem się do roboty. Pisałem dniami i nocami. Pani redaktor wyrażała coraz większy zachwyt moimi artykułami, ale o pieniądzach nie wspominała. Jako głupi Goj byłem za każdym razem tak onieśmielony i zażenowany jej lizusostwem wobec mnie, że wstydziłem się zapytać o honorarium.

Nadchodziło Boże Narodzenie. Perspektywa spędzenia najbardziej ubogich świąt w życiu, zmusiła mnie do przezwyciężenia nieśmiałości i wystąpienia o zaliczkę. Jednakże pani redaktor mnie ubiegła. Zadzwonił telefon i zostałem zaproszony na Wigilię do redakcji, więc w takiej chwili…

Uroczystość była piękna, choć bez śladu głównego bohatera – Jezusa Chrystusa. Dopiero na ekskluzywnym przyjęciu zauważyłem, że daniem głównym jest…sól. Wytworna gospodyni podała kilka słonych paluszków i szczyptę słonego śledzia na słonych krakersach. Kulturalni ludzie się nie obżerają. oni konwersują. a swoją drogą – krakersy, to czasem nie rodzaj macy?

Takie przyjęcia mają duże zalety. Dla gospodyni – trwają krótko i nie trzeba zmywać. Dla gości – obecność po raz pierwszy i ostatni w życiu na takiej imprezie wigilijno – integracyjnej. Na imprezie, zostałem dowartościowany. Pani redaktor przedstawiła mnie pozostałym współpracownikom jako objawienie niemalże. Wspomniała również o kondycji finansowej pisma. Jest ona coraz lepsza i od Nowego Roku zaległe honoraria będą już wypłacane poszczególnym osobom w całości. Atmosfera zrobiła się przyjemna, rodzinna niemalże. Zakłócało ją tylko niesamowite pragnienie, takie jakie może mieć tylko głupi Goj, który zabłądził na Saharze. Zebrani pili koka kolę, ale ja tego świństwa do ust nie biorę tak jak członkowie zarządu tej firmy, bo to trucizna. W jednym pół litrze tej substancji, znajduje się 18 łyżek cukru i inne trutki, które rozpuszczają plomby, a na dentystę mnie nie stać. Dlatego chyłkiem ulotniłem się z „Wigilii” i dopadłem do kranu przy ujęciu wody oligoceńskiej. Piłem i piłem, aż brzuch nabrał kształtnego balonu, który utrzymuje się po dziś dzień. Kiedy zaspokoiłem pragnienie, pobiegłem do żydowskiego banku i wziąłem kredyt na lichwiarski procent. Innych zresztą dla Goi nie ma. Wyszedłem bowiem z założenia, że jeśli pani redaktor wypłaci mi honoraria za kilkanaście tekstów, to od razu spłacę kredyt i po ptokach. Stracę „tylko” kilkaset zł prowizji, którą od razu zachachmęcił bankster. Zresztą nie miałem innego wyjścia, bo w lodówce z produktów nadających się do spożycia, znajdował się tylko…szron. I tak dzięki dobrodziejstwu lichwy popłaciłem zaległe opłaty, oddałem długi honorowe i spędziłem normalne święta, jak na katolika przystało.

Po Nowym Roku w redakcji nastąpiły poważne zmiany. Starzy współpracownicy zaczęli znikać jak kamfora. Jeden po drugim okazywali się konfliktowi, pazerni na szmal i nacechowani brakiem etyki zawodowej. Kiedy upomniałem się o pieniądze, pani redaktor Wieluńska (nazwisko od nazwy miasta świadczy o wyższym rasowym pochodzeniu), warknęła, iż muszę poczekać jeszcze trzy miesiące, po czym się rozliczymy.

Wiosną, pani Wieluńska przyjmowała nowego człowieka. Była zachwycona jego tekstami i roztoczyła przed nim wizję niebywałej kariery dziennikarskiej. Mnie zaś ofuknęła i stwierdziła, ze moje artykuły nie wnoszą nic. Żadnego przesłania. Kiedy upomniałem się o pieniądze, wylała na mój głupi, gojowski łeb wiadro pomyj. Blond czupiradło z mysio-czarnymi odrostami wrzaskliwie wyraziło swoją pogardę i nienawiść. Oto wdarł się w jej progi grafoman i szalbierz, który chce biedną, nadobną białogłowę ograbić. Nozdrza haczyka drgały ze złości i ledwo nadążały wciągać powietrze. Ślepia wyszły z orbit i stały się większe od szkieł binokli, zsuwając się ciągle z garbatego organu powonienia. (Nasze słowiańskie nosy są praktyczniejsze, bo chociaż trzymają się na nich dobrze okulary).

No, dopiero teraz upewniłem się z kim mam do czynienia. Ale objawy aż takiej histerii dały mi powód do przemyśleń. Jako Dyżurny Psychiatra Kraju twierdzę, że tego rodzaju histerii dostają damy niezaspokojone seksualnie. A w przypadku żydówek, wszystkie cierpią na tę dolegliwość. Tak więc podejmując pracę u kobiety co do której istnieje podejrzenie o pochodzenie chazarskie, należy dokonać oględzin. Nam Gojom, brakuje żydowskiego tupetu i na „dzień dobry” nie potrafimy zażądać zdjęcia majtek. A szkoda, bo narażamy się na wykonywanie pracy w systemie niewolniczym. Skoro my Polacy jesteśmy aż tak delikatni, musimy uciekać się do podstępu. U przyszłej szefowej będzie mile widziana sugestia, że giętkość naszego kręgosłupa jest odwrotnie proporcjonalna do anatomicznej części naszego ciała podlegającej obrzezaniu i stan ten może trwać wiele godzin. Przynosi to obustronne korzyści. Dama otrzymuje chwilowe zaspokojenie chuci, a kandydat na pracownika ma możliwość obserwacji ułożenia niewieściego ciała, które tę chuć wywołują. Usytuowanie poprzeczne daje jasny pogląd o pochodzeniu etnicznym i nosi nazwę JUDEOVULVA.

Zarówno Chazarzy , jak Chazarki mają zdeformowaną dolną część ciała. I choć najważniejszą jest KEPEŁE, bo służy do kombinatorstwa, oszustwa, lichwy, kłamstwa, matactwa, intryg, skłócania całych narodów i ciągłego wymyślania afer gospodarczych, to świadczy o wybraństwie. Nie przez Pana Boga, a lucyfera, o czym wyraźnie mówi w swoim wywiadzie Dawid Rockefeller. A wywiad nosi tytuł „Wszyscy będziecie niewolnikami” i łatwo go znaleźć w internecie. Rockefeller, największy żydowski bankster i autorytet „rządzących” większością państw świata, bezczelnie i otwartym tekstem mówi, jaką rząd światowy gotuje nam, Gojom przyszłość. A w zasadzie to nie przyszłość, bo oni realizują od dawna swoje cele. Mówi również o depopulacji, czyli o chemtrails, stwierdzając wprost – „trujemy was z powietrza”. I w zasadzie czemu ma nie mówić? Głupi Goje patrzą w niebo i mówią, że to spaliny lotnicze! I żeby nie wiem jak im tłumaczyć, to słowa trafiają w próżnię , bo Gazeta Wyborcza nic o tym nie pisze, a nawet w telewizornii nic nie mówią! No i dobrze. Szalom!

Dyżurny Psychiatra Kraju,

Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/praco ... ju-2015-07



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » N sie 02, 2015 4:13 pm


Poznajmy Srula Cukerkranca!




Część naszych Czytelników miała już przyjemność poznać na forum „Wolnej Polski” niezwykle sympatycznego i uroczego żyda (innych przecież nie ma) w utworze pt. „Sylwester u Cukerkranca”.
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/perso ... nc-2015-02

Ten altruista i filantrop (dla wrogów Polski i Polaków) ma typowy życiorys dla tysięcy żydów zamieszkujących Warszawę. Te życiorysy są niemal identyczne, jakby odbijane na powielaczu. Podobne mają tatusiowie prezydenta Stolzmana, Michała Boniego, Marka Borowskiego i innych „naszych” polityków, oraz ich małżonek. Różnią się tylko numerem antychrysta (PESEL) i drobnymi szczegółami.

-------Obrazek


Rodzice uratowani z holokaustu, który zgotowali im niemieccy Chazarzy nienawidzący wschodnich aszkenazyjczyków, prawie tak samo jak Słowian. Tate i mame Cukerkranca uratowała ryzykując życie biedna polska rodzina, która ich całą wojnę ukrywała i dzieliła się ostatnią kromką chleba.

Natychmiast po „wyzwoleniu”, tate Srulka znalazł zaszczytną posadę w Urzędzie Bezpieczeństwa, gdzie z ogromnym zapałem i poświęceniem zrywał paznokcie wrogom ludu, imperialistycznym szpiegom i „bandytom” z NSZ i AK. Chętnie również łamał żebra, wybijał zęby, systematycznie gwałcił przesłuchiwane dziewczęta i stosował inne, wymyślniejsze metody perswazji, nakłaniając elementy antysocjalistyczne do przyznania się popełnienia wyssanych z żydowskiego palucha „przestępstw”. Był pracowity, toteż szybko awansował. Przy okazji spowodował aresztowanie młodego Kowalskiego, który ujawnił się jako żołnierz AK.

W wyniku wspomagania śledczych przez Aarona Cukerkranca i perswadowanie Kowalskiemu, by ujawnił kolegów z oddziału i przyznał się do wyimaginowanych przestępstw, Polak bity metalowym prętem po głowie, dostał krwiaków na mózgu i już nie zdążył przyznać się do niczego, a tym bardziej nie sypnął kolegów. Tak, tak – chodzi o Kowalskiego z tej rodziny, która Aarona ukrywała.

Po fakcie zakatowania AK-owca Aaron został z UB wydalony. Nie chodziło o sam fakt mordu, bo była to codzienna praktyka, ale Różańskiemu chodziło o uzyskanie jakiś innych ważnych informacji. Jednakże Berman wydał tajną dyrektywę, która mówiła że żyd zwolniony z pracy za jakieś przestępstwo, może być tylko awansowany,. W najgorszym przypadku przeniesiony na równorzędne stanowisko. Jest to fakt historyczny, a dyrektywa Bermana od 1989 r. znowu obowiązuje. Dlatego obecnie każdy zdymisjonowany minister za udział w aferze gospodarczej, (wszystko jakiego rządu), dostaje wór banknotów jako odprawę i szybko zostaje prezesem spółki z kominowym wynagrodzeniem. Dlatego kierownictwo partii uznało dotychczasowe zasługi Cukerkranca i wysłano go na kilkumiesięczny kurs prokuratorów, który mimo ledwo ukończonych 4 klas powszechniaka, ukończył celująco. Został podobnie jak brat Michnika prokuratorem wojskowym, gdzie miał wspaniałe wyniki i dalej błyskawicznie awansował.

Przed wojną rodzina Cukerkranców nie znaczyła nic. Zajmowali się drobnym handlem na warszawskim Kercelaku, klepiąc biedę. (Dlatego szczególnie perfidnym kłamstwem żydowskim jest, że Polacy jeśli już ukrywali żydów, to za pieniądze). Ale po wojnie, to co innego. Na polecenie Bermana stary Cukerkranc zmienił nazwisko i już jako „Polak”, dostał się do „elity”. Srul bez kłopotów jako student I roku UW dostał paszport i jeździł sobie po całej Europie. Tate pułkownik fundował.

W 1968 r. Srulek został spałowany podczas rozruchów marcowych, ale rodzina nie skorzystała z ucieczki na Zachód, jak inni obawiający się odpowiedzialności karnej za popełnione na narodzie polskim zbrodnie. Tym bardziej nie wyjechali do Izraela, bo tam musieliby w miarę uczciwie pracować, a Srul dostałby powołanie do wojska. Aj, waj, a to niebezpieczne jest!

Żydzi, którzy w Polsce zostali, założyli organizację syjonistyczną o doskonale zorganizowanych strukturach. Głównym ich założeniem było doprowadzenie do ogólnopolskiego buntu robotników, ponowne przejęcie władzy, a następnie zrabowanie majątku narodowego Polaków. Kiedy to się już dokona, przejąć cały kraj na własność, sprowadzić dodatkowo kilka milionów żydów i powołać do życia nowy Izrael na ziemiach polskich, gdzie będą panami życia i śmierci zniewolonych Polaków. Polacy już jako niewolnicy będą wykorzystywani do najgorszych prac i usługiwać żydowskim „nadludziom”, zgodnie z naukami Talmudu. Część tego planu rozłożonego na dwa pokolenia już jest zrealizowana.

Po Kanciastym Stole, przed Srulem Cukerkrancem otworzyła się niezwykła kariera finansowa. Brał udział w wielu „prywatyzacjach”. Chazarscy pobratymcy Srula doprowadzali zakłady przemysłowe w stan upadłości, a prężny żyd za bezcen przejmował aktywa wraz z gruntem. W latach dziewięćdziesiątych wraz z wiceministrem MSW i kilkoma przedstawicielami ówczesnych najwyższych władz, organizował piramidy finansowe, zdobywając pierwsze miliardy i doprowadzając tysiące Polaków do ruiny. Taka działalność jest na całym świecie przestępstwem kryminalnym, w Polsce nie. No bo przecież, jak powiedział minister MSW, pierwszy milion należy ukraść. Tak jak właśnie zmarły Kulczyk, który chcąc zdobyć przychylność starszych braci w lichwie, dołożył się do budowy Muzeum Żydów Polskich, oraz do innych przedsięwzięć podobnego typu.

Do chwili obecnej Srul jeszcze nie zajął się oficjalnie polityką. Nie ma na to czasu, woli unikać rozgłosu i robić dobre interesy. Bo Polska, to najlepszy interes Jest! Po co ma zajmować się polityką, skoro ma do tego ludzi. To „politycy” muszą reprezentować jego interesy i dla niego pracować, bo on wykłada pieniądze na kampanię wyborczą i on ich sowicie opłaca. W Sejmie przeforsuje każdą korzystną dla siebie ustawę. Kumpel i rodak Cukerkranca, wygadał się kiedyś, że ustawa w Sejmie kosztuje 30 mln. zł. To dla Srula tyle, co dla polskiego bezrobotnego kupić kajzerkę. Tak więc „politycy”, to urzędnicy Cukerkranca!

Ostatnio biznesmen „odzyskuje pożydowskie mienie”. Jako „spadkobierca” przejmuje kamienice w Warszawie, Krakowie , Kaliszu, Lublinie, praktycznie we wszystkich polskich miastach. A odbywa się to tak: Najpierw lokatorzy zostają przeniesieni do lokali zastępczych, później przeprowadza się gruntowny remont budynku z budżetu miasta lub gminy, często pod okiem konserwatora zabytków. Konserwator dba, by wszystkie elementy architektoniczne, łącznie z drobiazgami o charakterze artystycznym, odzyskały pierwotny wygląd. A gdy wszystko już lśni i pachnie nowością, pojawia się Cukerkranc ze swoim adwokatem i „udowadnia” iż jest spadkobiercą. Jeszcze żaden sąd mu się nie sprzeciwił, a sprawa jest załatwiana od ręki.

W podobnych sprawach, Polacy mający niezbite dowody swojej własności, latami muszą chandryczyć się w sądach i urzędach, a skutek nie zawsze bywa pozytywny. Czasem odzyskują ruiny nieruchomości, lub jej część, a czasem nie odzyskują jej nigdy. Jako ciekawostkę podam fakt, że osobiście znam pewnego polskiego arystokratę, który czasem bywa na łamach „Wolnej Polski”, a który odzyskał pałac na Białorusi. Chyba ma szczęście, że majątek został na Kresach, bo ten przebrzydły Łukaszenka zwrócił mu część własności bez większych problemów!

Taka jest nasza smutna rzeczywistość stworzona przez demony władzy ustawodawczej i sądowniczej. I gwarantuję, że dla nas Polaków na lepsze nic się nie zmieni. Może być i będzie tylko gorzej. Co więc mamy robić? Ano pozostał nam śmiech. Bo satyra zawsze podtrzymywała na duchu Polaków w najtrudniejszych chwilach naszej historii.

Podczas okupacji hitlerowskiej śpiewano zakazane piosenki. Za okupacji sowieckiej, Polacy opowiadali sobie dowcipy, w których okupant, lub nasz partyjniak był stroną wyszydzaną. Teraz, podczas okupacji żydo-masońskiej ja będę starał się Was rozśmieszać. Napisałem wierszem sporo satyr, znakomicie oddających naszą rzeczywistość, z których jedna jest w sposób genialny zilustrowana przez Waldemara Kastę. Kilka zostało już opublikowanych na forum „Wolnej Polski”, inne muszę przepisać. Niestety w Polsce na ponad 10 000 różnych wydawnictw, nie znajdzie się ani jedno, które podejmie się wydania ich drukiem. Dlatego od czasu do czasu napiszę coś o Cukerkrancu, przedstawiając naszego nowego okupanta tak, jak na to zasługuje. A więc zaczynamy!

SEN CUKERKRANCA

Po wielkiej balandze w Pałacu Prezydenckim, z okazji zaprzysiężenia nowego pana prezydenta Andrzeja Dudy, Srul Cukerkranc odbierając zapewnienia o przyjaźni i lojalności, upił się ze szczęścia pejsachówką. Srul poznał pana prezydenta wcześniej, na obradach Knesetu w Krakowie. Na razie Kneset obraduje oddzielnie, Sejm oddzielnie. Chodzi o to, by przyzwyczaić Polaków do tego, że w Polsce w ogóle obraduje parlament obcego państwa, co jest niezgodne z prawem międzynarodowym i stanowi akt agresji. Ale u nas nikt już prawem się nie przejmuje, a na pewno nie władza. Ona stoi ponad prawem, a Konstytucję ma od dawna gdzieś. Kiedy już przyzwyczają Polaków do Knesetu w naszej Ojczyźnie, wtedy zaczną się obrady wspólne, by wspólnie Chazarzy z Izraela i z Polski mogli decydować o losie Polaków.

Pijany Cukerkranc w szampańskim humorze ani myślał o powrocie do swojego pałacu. Chuć go wzięła ogromna i postanowił wieczór zakończyć w specjalnym klubie dla VIP-ów, z najwyższej półki, czyli krótko mówiąc w najwyższej klasy burdelu. Dorabiają tam sobie bardzo młode dziewczyny – tylko modelki, kandydatki na Miss Polonia, najpiękniejsze studentki, by mieć pieniądze na studia i wynajęcie mieszkania.

Kiedy bladym świtem kierowca odwiózł Cukerkranca do rezydencji, biedaczek zasnął natychmiast. A co mu się śniło? Posłuchajmy…

– Aj,

coś po gaciach mi wędruje;

coś mnie gryzie, coś mnie kłuje.

– Aj, waj!

– ja sie pytam: co za franca,

ukąsiła Cukerkranca!?

– Kto tu łazi, kto sie szwenda?

– To ja – jestem żydomenda…

– Po co przyszłaś siostro miła,

czemuś Srulka ukąsiła?

– Czy ty nie wiesz, że to boli?

Ty masz krew wysysać z Goi!

– Kto cię przysłał, gadaj snadnie,

bo ukarzę cię przykładnie!

Mam muchozol w swojej szafie,

jak popsikam, szlag cię trafi!

– Jaki nasłał cię łachmyta,

z tej przyczyny, żem wróżbita?

– Ja rządowi, co rok przecie,

wróżę dziurę w ich budżecie!

Może tyś jest od Kopaczki,

lub z pisowskiej, kaczej paczki?!

– Słuchaj Srulu, ty przybłędo –

jestem głodną żydomendą.

Goje chuda, goje biedne,

ja już cała z głodu blednę;

Goj – to skóra, same kości –

mnie już z głodu, biorą mdłości.

O posiłku ja wciąż marzę,

a tyś tłusty jest, Chazarze!

– Co to wszystko mnie obchodzi?

Goj jak głupi, niech się głodzi.

Goj jest biedny, lecz mi płaci,

a ty fora z moich gaci!

– Niepotrzebna tu tyrada,

kąsać żyda – to jest zdrada,

dla złodziei wszelkiej maści…

– Chcesz muchozolu? A naszci!

– Przewidziałam to miglancu,

żydzie wredny, Cukerkrancu!

Dziś włożyłam właśnie nową

maseczkę…przeciwgazową.

– Aj, waj,

– gdzie pistolet mój do diaska?!

Łeb tej mendzie wnet roztrzaskam!

– Pif, paf! Teraz będzie kwita…

Przebudzona Salcie pyta:

– Srulek, robisz polowanie?

– Gdzie klejnoty obrzezane?

– Rany gościa – są na ścianie!

W tym momencie Srul przebudził się zlany potem, wylękniony. No cóż, dla żyda utrata napletka, to normalka, ale całego skarbu, to straszne. Gorszy tylko antysemityzm jest. Już miał wstać szczęśliwy, że to tylko sen, gdy nagle…

– Aj, waj!

– Cos po gaciach mu wędruje,

coś go gryzie, coś go kłuje!

Szalom!




Cezary Piotr Tarkowski, Dyżurny Psychiatra Kraju.
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/pozna ... ju-2015-08



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Pn sie 03, 2015 9:29 am

Cud różańcowy (wspomnienia z Powstania matki autora).



Obrazek



Był 1 sierpnia 1944. Szłam ul. Senatorską do swojej cioci, mieszkającej w śródmieściu Warszawy. W momencie, gdy żegnałam się przy istniejącej do dziś kapliczce, już prawie przy Pl. Bankowym, ktoś zaczął strzelać. Nie daleko rozległ się przeciągły terkot karabinu maszynowego. Obok mnie upadł zabity mężczyzna, ktoś został ranny. Od tej chwili, z różnych części miasta, zaczęły dochodzić odgłosy strzelaniny i pojedynczych wybuchów. Jakoś tak, mimowolnie, uklękłam przed kapliczką i zaczęłam się modlić. Po chwili chwyciły mnie silne ramiona i wciągnęły do bramy pobliskiej kamienicy.

– Czy pani oszalała?!- Nie wie pani, co się dzieje?

Jeszcze nie wiedziałam. Ale zmroziło mnie jedno tylko słowo: powstanie…

W czasie okupacji niemieckiej mieszkałam z rodziną przy ul. Brukowej na Pradze. Jako najstarsza z pięciorga rodzeństwa, wyruszałam czasem z pobliskiego Dworca Wileńskiego w okolice Łochowa po słoninę, rąbankę i schab – jak opiewała przemycanie żywności do miasta, zakazana piosenka. Było to zajęcie niebezpieczne, ale konieczne. Kartki żywnościowe nie wystarczały na wyżywienie rodziny. Dopiero po wojnie dowiedziałam się, że mój brat Kazik i siostra Ania, należeli do AK. To było jeszcze bardziej niebezpieczne.

Powstanie zastało mnie jedynie w lekkiej sukience i z torebką, w której niewiele się znajdowało. Najcenniejszą rzeczą był różaniec.- Ha, cóż to za majątek, ten różaniec? – Kilkadziesiąt nic nie wartych, drewnianych koralików, połączonych metalowymi ogniwkami – pomyślałby ktoś. O nie, ten tani różaniec, wybrany wśród odpustowej tandety, już od początku powstania okazał się bezcennym skarbem! Teraz podczas rzadkich chwil wytchnienia od ostrzeliwania i bombardowań, oddalał strach, uśmierzał głód, pomniejszał tęsknotę za bliskimi, szczególnie najmłodszymi – Marysią i Zbyszkiem, którzy byli jeszcze dziećmi. Zresztą ja nie byłam w jakiejś szczególnej sytuacji. Wszyscy martwili się o swoich bliskich. Tak właściwie, to nikt nie miał pojęcia o losach przynajmniej części rodziny. Skąd na przykład miałam wiedzieć, że mój brat, Kazik, walczy kilkaset metrów dalej, w okolicach Pl. Grzybowskiego?

Od samego początku Powstania Warszawskiego wśród mieszkańców panował optymizm:- dzień, dwa, najdalej tydzień i…będzie po wszystkim. Niemcy uciekną i Warszawa będzie wolna!

Kiedy się stało jasne, że powstańcy nie wyzwolą swoimi – jakże skromnymi siłami stolicy – pojawiła się niczym nieuzasadniona nadzieja, na pomoc aliantów. Przecież Polska nie miała wtedy żadnych aliantów. To my byliśmy zawsze aliantami dla innych! Niestety, ta idiotyczna wiara w aliantów pozostała do dziś.

Warszawa konała na oczach świata. W wielu dzielnicach dokonywano masowych rzezi, grabieży, gwałtów. Najokrutniejszymi zbrodniami zasłynęła ukraińska brygada SS gen. Kamińskiego i innych formacji ukraińskich rezunów. Skalą okrucieństwa i barbarzyństwa Ukraińców, przerażeni byli sami Niemcy, toteż Kamińskiego rozstrzelano. Niemiec strzelał do cywili tylko na wyraźny rozkaz. Ukraińcy mordowali każdego schwytanego cywila, co sprawiało im wyraźną przyjemność, a każda Warszawianka przed okrutną śmiercią, była wielokrotnie gwałcona. Ja na szczęście byłam w Śródmieściu i Bóg mnie oszczędził.

Kiedy po 63 dniach walki Warszawa skapitulowała, popędzono nas, ludność cywilną do obozu przejściowego w Pruszkowie. W milczeniu, długimi kolumnami, opuszczaliśmy zamordowane miasto. Słychać było tylko szwabskie wrzaski i płacz wygłodzonych dzieci. Po obu stronach doliny, która jeszcze niedawno była ulicą – ruiny. W miejscach, w których jeszcze niedawno były okna z firankami, a wieczorami mrok rozświetlał ciepły blask żarówek – teraz widniały przerażające oczodoły, przez które czasem prześwitywało zasnute dymami niebo. Cały czas czuć było swąd spalenizny, czasem mdlący odór rozkładających się ciał.

Ulica Wolska. Tu, niedaleko kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy, stoi do dziś kapliczka z figurką Matki Boskiej. W tym miejscu, po raz pierwszy Niemcy pozwolili nam na krótki odpoczynek. – Iluż to tysiącom umęczonych ludzi, ta niepozorna kapliczka dała pocieszenie w drodze na poniewierkę? Tylko Matka Boska wie, ile strapionych serc pocieszyła, ilu warszawiakom dała nadzieję.

Obóz przejściowy znajdował się na dużej przestrzeni zamordowanych przez obecnego chazarskiego okupanta, Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego w Pruszkowie. Pierwsza noc była przeraźliwie zimna. Pomógł szesnastoletni chłopiec, który użyczył mi koca. Spania na zimnym betonie prawie nie było, więc oboje modliliśmy się na różańcu. Czas jakby się zatrzymał. Znając hitlerowskie barbarzyństwo, pomyślnej przyszłości jakby nie było. Dla większości ludzi istniało tylko „teraz”. Ale ja miałam różaniec i dzięki niemu stałą jedność z Bogiem. Przestałam się zupełnie bać i martwic, jednak modliłam się teraz bez przerwy.

Już w czasie tej pierwszej, zimnej nocy zauważyłam, że przygląda mi się niemiecki strażnik. Był to starszy wiekiem mężczyzna. No cóż, wtedy czterdziestolatków uważałam za staruszków! Byłam młoda i ładna, toteż nie dziwiły mnie spojrzenia mężczyzn. Ale w jego wzroku nie było krzty pożądliwości. Wyczuwałam raczej coś ciepłego tym bardziej, iż obserwował również chłopca, który się ze mną modlił. Po jakimś czasie przestałam zwracać uwagę na Niemca, ale modliłam się również za niego.

Nad ranem, kiedy większość ludzi drzemała, Niemiec przyszedł i zabrał ze sobą chłopca. Prosił, żeby się dzieciak nie bał i zachowywał zgodnie z jego poleceniami. Oświadczył, że w czasie następnej nocnej służby, wypuści mnie z obozu. Po niemiecku mówiłam słabo, ale zrozumiałam wszystko.

Słowa dotrzymał. Jakiś czas później wypuścił mnie, nie przez bramę, ale przez płot okalający Zakłady, w którym znajdowała się stalowa furtka, do której miał klucz. Zanim jednak doszliśmy do upragnionego wyjścia szeptał, że też jest katolikiem i pokazał mi swój różaniec. (W Niemczech, katolicy to mniejszość wyznaniowa). Mówił, że ma dzieci w naszym wieku. Wyraził nadzieję, że jeśli kiedyś jego bliscy znajdą się w podobnej sytuacji, to może ktoś natchniony przez Boga, też im pomoże.

Ten Niemiec, ryzykując sądem polowym nie tylko uratował mnie od wywózki na roboty do Rzeszy. Zanim po ojcowsku mnie pobłogosławił znakiem krzyża, wręczył mi jeszcze chlebak, w którym były konserwy, chleb, wojskowy opatrunek, a co najważniejsze – mydło i mały, zielony ręczniczek. I tak zaopatrzona, po rozlicznych przygodach, trafiłam w Góry Świętokrzyskie, gdzie znalazłam schronienie u niezwykle biednych, ale jakże gościnnych ludzi. Po wojnie, w każdą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, udaję się na ulicę Senatorską, do kapliczki, przy której zaskoczyło mnie to tragiczne wydarzenie, aby się pomodlić i podziękować Jezusowi, oraz Najświętszej Panience za dar ocalenia. Wielu współczesnych „nowoczesnych” ludzi, uważa to za dziwactwo, fobię, lub wręcz głupotę.

Kiedy opowiadam, że życie uratował mi różaniec i że dzięki modlitwie różańcowej opuściłem obóz w Pruszkowie, niektórzy kręcą z niedowierzaniem głowa. Twierdzą, że Niemcy czuli się już przegrani w tej wojnie i stąd brały się nieliczne oznaki litości. Możliwe. Ja jednak nic nie twierdzę. Ja wiem. To był cud. Prawdziwy, różańcowy cud – nie pierwszy i na pewno nie ostatni. Moc modlitwy jest większa od najpotężniejszego oręża! – Szczęść Boże!

—————–o—————–

Drogi Czytelniku, to matczyne wspomnienie spisałem dość dawno, kilkanaście lat temu, kiedy Mama jeszcze w miarę dobrze chodziła i słyszała. Teraz prawie nie chodzi, skończyła 93 lata. Ale kiedy jestem na osiedlu Niedźwiadek w Ursusie, odwiedzam Mamę, biorę ją na wózek inwalidzki i hajda na mszę do Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej, gdzie znają ją wszyscy księża i parafianie. Teraz opiekowałem się Mamą 2 tygodnie i niemal codziennie byliśmy w kościele.

Spisałem więcej ciekawych wspomnień nie tylko Rodziców, ale różnych ludzi, a przede wszystkim swoje. One nigdy nie ukażą się drukiem z powodów, które opisałem na forum Wolnej Polski w artykule pt. „ Niewidzialne łapska żydo-masonerii”.
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/niewi ... ju-2015-07

Kto nie czytał – polecam.

Jednakże czytając to wspomnienie po latach, przyszło mi do głowy kilka refleksji. Po upadku powstania, żyd Hitler, wydał rozkaz zrównania Warszawy z ziemią. Gorliwi Niemcy w 85% ten rozkaz wykonali. Jednak po wojnie, cały Naród ogromnym wysiłkiem Warszawę odbudował. Jednakże już od lat dziewięćdziesiątych odbudowane kamienice zaczynają przechodzić w chazarskie łapska. Właściwie każda kamienica ma spadkobiercę jak nie w Izraelu, to w USA, a nawet w najdalszych zakątkach świata. A jak wyglądają zakłady przemysłowe nie tylko Warszawy, lecz w całej Polsce? To morze ruin. To chyba nie Hitler wydał rozkaz zamienienia polskich fabryk w ruinę? Kiedyś wziąłem Mamę na wózek i pojechaliśmy w miejsce, gdzie kiedyś stał nasz dom. W 1972 r., ekipa Gierka postanowiła rozbudować fabrykę traktorów. Potrzebny był teren, więc władza wywłaszczyła część mieszkańców Gołąbek, ok. 180 rodzin. W zamian dostaliśmy piękne mieszkania w blokach i jakieś odszkodowania. Na miejscu naszego domu, nie ma już ogromnej hali fabrycznej, w której produkowano znakomite ciągniki. Na przestrzeni wielu hektarów leżą gruzy, jak po nalocie dywanowym. Wszędzie trwa metodyczne wyburzanie. Mama, kiedy to zobaczyła, powiedziała:- chodźmy stad synu – tak kiedyś wyglądała Warszawa, kiedy po „wyzwoleniu” wróciłam do rodziny w stolicy!

Chazar Hitler wydał rozkaz zniszczenia Warszawy i Chazarzy podobnie zniszczyli nasz przemysł, a teraz przejmują masowo odbudowane przez nas kamienice na Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu, Starym Mieście, wszędzie, gdzie tylko można sfałszować prawo własności, bo księgi wieczyste w Polsce giną, a z tych które jeszcze są, krasnoludki wyrywają kartki. W całym tym procederze pomaga pewna znana i niestrudzona Chazarka, oraz „polskie” sądy. Z „odzyskanych” kamienic, lokatorzy najczęściej lądują na warszawskim, zlanym w wojnach i powstaniach bruku. Na kogo wy warszawiacy głosujecie? Zaraz zobaczycie na kogo.

Wśród Niemców zdarzali się litościwi ludzie. Moja Mama nie była wyjątkiem. Podobnych opowieści słyszałem dużo i na pewno większość Polaków. I tu rodzi się pytanie: – Czy słyszał ktoś, aby Chazar z chazarskiego NKWD, czy UB, IW itd. – uratował komuś życie? Ja nie znam takiego przypadku. Żaden Polak nie zna, bo takich nie było.

Można zapytać wprost – prezydencie Stolzman – czy pański tatuś wśród dziesiątek, czy setek zamordowanych własnoręcznie Polaków komuś darował życie?

– Redaktorze Michnik – czy pański brat okazał komuś litość?

– Marku Borowski – czy pański stryj, Jakub Berman uratował jednego choćby Polaka z machiny zbrodni, którą kierował?

– Michale Boni – czy pański ojciec, wspólnik Bermana, zlitował się choć nad jedną chociażby dziewczyną, z ponad 470 (tyle szczątków odnaleziono), którą gwałcili z Bermanem w prywatnym więzieniu pod Otwockiem?

Tutaj wyjaśnię Czytelnikowi, że sam o tym nie wiedziałem, dopóki nie zacząłem czytać książek pana Albina Siwaka. Te dziewczęta z AK były najpierw torturowane i gwałcone, a następnie miały rozrywane narządy płciowe paluchem, na który nakładali specjalny szpikulec. Takie i podobne tortury mogli stosować jeszcze tylko Ukraińcy, wielcy przyjaciele polityków, których wybraliście i wybierzecie drodzy Polacy w nadchodzących wyborach. Powracając do p. Siwaka, to on tych rewelacji nie wyssał sobie z palca. Otrzymał je z pierwszej ręki, od matki Michała Boniego, która przeszła na katolicyzm i została polską patriotką. Jest to mądra kobieta, bo ujawnianie takich spraw, jest również błogosławieństwem dla żydów. Być może opamiętają się, zaprzestaną swoich zbrodni i nie narażą na gniew Gojów nie tylko w Palestynie i Polsce, ale wszędzie gdzie dzierżą władzę. Szalom!


Dyżurny Psychiatra Kraju,
Cezary Piotr Tarkowski

Ps. – A może to ja jestem wariatem?

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/cud-r ... ju-2015-08



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt sie 04, 2015 3:14 pm

Wiwat Łukaszenka!

Pierwszy raz z Białorusinami zetknąłem się jako młody chłopak, kiedy zostałem zesłany przez swojego ojca do Technikum Wodno-melioracyjnego w Białymstoku. Białoruskich chłopaków było sporo i z wieloma się zaprzyjaźniłem. W internacie bez dokupywania żywności ciężko było przeżyć. Ci, którzy mieszkali bliżej, wyjeżdżali na niedzielę do domów i wracali z wałówkami, którymi chętnie dzielili się z innymi głodomorami. A już po świętach prawosławnych, mieliśmy wyżerki, które na zawsze pozostaną mi w pamięci. Nie chcę nikogo urazić, ale Słowianie, to najdoskonalsza grupa etniczna na świecie, a wśród nich najserdeczniejsi są Białorusini. Później, podczas swoich wojaży po ZSRR, często spotykałem Białorusinów w różnych republikach i spotkania z nimi zawsze kończyły się wystawnymi poczęstunkami w ich domach. To ludzie, którzy nie wiele mieli, ale zawsze bezinteresownie się dzielili. Gdyby nie reżymowe obostrzenia, to pewnie w młodości ożeniłbym się ze wspaniałą dziewczyną, Białorusinką, którą poznałem w Bucharze.


Obrazek


Na szczęście „nasze” media nie atakują wprost Białorusinów jako narodu. Robią to pośrednio, opluwając prezydenta Łukaszenkę. Dlatego przeciętny Polak czerpiący swą „wiedzę” z żydo-masońskiej telewizji i prasy, ma zafałszowany obraz rzeczywistości. Białoruś jawi się jako komunistyczny kraj postsowiecki, który terroryzuje samozwańczy satrapa, podły jak Stalin i głupi jak Chruszczow. Polskojęzyczne gadzinówki ze szczekaczką wybiórczą na czele, pełne jadu i nienawiści, ukazują Łukaszenkę jako żądnego władzy dyktatora, wrednego awanturnika politycznego, który gnębi własny naród. A jaka jest prawda?

Aby się o tym przekonać, należy porozmawiać z samymi Białorusinami i Polakami tam żyjącymi. Artykuł, który właśnie Państwo czytacie, powstał w dużej mierze w oparciu o rozmowy z ludźmi mieszkającymi w tym pięknym i przyjaznym kraju, a materiały do jego napisania zbierałem wiele miesięcy. Moimi rozmówcami byli nie tylko kierowcy TIR-ów, ale ludzie wielu zawodów i w różnym wieku. Rozmawiałem m. in. z artystami, lekarzami, dziennikarzami, odwiedzającymi Polskę. Jedyną wadą tego tekstu odnośnie reprezentatywności moich rozmówców jest fakt, że ok. 80% z nich pochodzi z rejonów nadgranicznych, przeważnie z Grodna i Brześcia. Jest tak dlatego, ponieważ w Polsce wszystko jest co najmniej 4 razy droższe niż u nich. Ludziom z terenów przygranicznych opłaci się tu przyjechać, sprzedać dwa razy taniej benzynę, wódkę i papierosy i zarobić. Ze wschodu Białorusi, ludzie nie chcą tu przyjeżdżać, chyba że chcą zobaczyć jak wyglądałby ich kraj po przyłączeniu do eurokołchozu.

Na Białorusi jest pełne zatrudnienie i choć średnia pensja wynosi w przeliczeniu ok. 500 dolarów, to podział dóbr jest sprawiedliwy, a koszty utrzymania są tak niskie, że zapewniają względny dobrobyt. Zjawisko bezdomności jest tam absolutnie nie znane, ale trzeba przyznać, że na Białorusi istnieje bezrobocie. Jest to 1% (!) ludzi, których do pracy w żaden sposób zmusić się nie da. Dla porównania, w Polsce mieliśmy ok. 3% takich „niebieskich ptaszków” jeszcze za żydo-komuny, choć za „złośliwe uchylanie się od pracy” groziło 3 mies. pozbawienia wolności.

Nasi rządzący bonzowie chełpią się, że przeciętna płaca w Polsce przekroczyła już 4,1 tys. zł i rośnie. A moim marzeniem i 80% Polaków jest, by zarabiać połowę tej sumy i nie pracować na nią 12 – 14 godzin jako zakuty w dyby szantażu ekonomicznego niewolnik. A na Białorusi pracuje się ustawowo 8 godzin, bo tam funkcjonuje prawo pracy, Konstytucja i Prawa Człowieka! Oczywiście, u nas płace podnosi się urzędnikom państwowym, administracyjnym i sektorom przemocy. Do tego otrzymują nagrody, na które państwo wydaje niebotyczne sumy z naszej kieszeni oczywiście. Prezesi żydowskich banków, firm ubezpieczeniowych, różnych złodziejskich spółek, choć zarabiają po 3 – 4 mln zł, też przyznają sobie podwyżki, bo w końcu trzeba z czegoś żyć!

Białorusini, choć coraz rzadziej, jeszcze przyjeżdżają do miast i miasteczek wzdłuż naszej wschodniej granicy. To co widzą, jest dla nich takim straszakiem, jak dla Polaków była Rumunia za czasów Causescu. Teraz poziom dziadostwa się wyrównał i nawet rumuńscy Cyganie przestali do Polski przyjeżdżać. Trudno żebrać od żebraków.

To co Białorusini oglądają na polskim Podlasiu, to zrujnowane fabryki we wszystkich miastach, ogrom bezrobocia i nędzy. Widzą uliczne śmietniczki do których co chwila zagląda bezdomny w nadziei znalezienia puszki po piwie. Podczas gdy u nich jest darmowa i doskonała opieka medyczna, w Polsce widzą obskurne, przepełnione szpitale, gdzie pacjent musi przynieść własną łyżkę, bo posiłek gorszy niż w kryminale, będzie jadł ręką, gdzie na operację czeka się miesiącami i latami. U nich szpitale się buduje, w Polsce likwiduje. Podczas gdy białoruska wieś jest w pełni zmechanizowana, na Podlasiu rolnicy którzy jeszcze na wyludnionych wsiach pozostali, muszą wracać do prymitywnych metod uprawy. Wio, koniku!

Kiedy pytam Białorusinów, czy chcieliby w Polsce pracować, to robią wielkie oczy, albo pukają się w czoło, chociażby dlatego, że na Białorusi każdego pracownika się szanuje. W tym szybko rozwijającym się kraju, cenne są każde ręce do pracy! Jeszcze niedawno, Białoruś miała dwucyfrowy wzrost gospodarczy. Teraz mniej, bo permanentny kryzys na Zachodzie, odbił się na ich eksporcie. Ale i tak cały świat może tylko marzyć o wzroście, jaki stale utrzymuje się na Białorusi.

Przez Polskę przejeżdża tranzytem tysiące białoruskich TIR-ów. W okolicy Żyrardowa zapytałem jednego z kierowców, jak się w Polsce jeździ. Odpowiedział, że między Niemcami a Białorusią, Polska stanowi jeden wielki tor przeszkód. Wąsko, tłok, dziury, koleiny, korki, a na autostradach kolejki żeby zapłacić. I wypadki. Na Białorusi mają sieć doskonałych, nowoczesnych autostrad, obwodnic, a w miastach szerokie ulice o doskonałej nawierzchni. To samo mówią polscy kierowcy o białoruskich trasach.

Zarówno Białorusini, jak i Polacy, którzy byli na Białorusi za czasów Związku Sowieckiego i obecnie, powtarzają że państwo to dokonało ogromnego skoku cywilizacyjnego. Jest to kraj stabilny ekonomicznie, w którym ludzie mają stałe poczucie bezpieczeństwa i opieki ze strony państwa. Zupełnie odwrotnie niż w Polsce.

W przeciwieństwie do Polski leżącej niemal całym terytorium na najbogatszych w świecie surowcach naturalnych wartych setki bilionów dolarów (skrzętnie ukrywana tajemnica przed Polakami), Białoruś jest w surowce bardzo uboga. Wydobywa się torf, sole potasowe, śladowe ilości ropy. Możliwości przemysłu są ograniczone, jak w każdym kraju. Ale Białoruś jest krajem najbardziej dziewiczym i ekologicznie czystym w Europie. Posiada ogromne tereny puszczańskie, leśne, bagienne z wielką ilością jezior, czystych rzek i ich rozlewisk. Jest tu niespotykana ilość zwierzyny łownej, dzikiego ptactwa i ryb. Dlatego w ostatnich latach rząd Łukaszenki postawił na rozwój turystyki. Doskonale wyposażone ośrodki wczasowe, sanatoria i baza hotelowa rosną jak grzyby po deszczu. Jest to wielka szansa i przyszłość Białorusi. I już Białoruś „odkryli” Niemcy, gdzie całymi watahami jeżdżą na polowania, ryby i świetny wypoczynek. Dla nich tanio, niemal darmo, więc w znanych miejscowościach wypoczynkowych, słychać szwargot jak na Mazurach. Dla Polaków też jest tanio, ale wieloletnia, wroga propaganda antybiałoruska zrobiła swoje. Polacy postrzegają Białoruś, jak postrzegają Amerykanie Polskę. Ci co wiedzą w ogóle gdzie Polska leży, myślą, że jesteśmy narodem żydożerców, a po Warszawie chodzą niedźwiedzie i wyją wilki. Aby zmienić zafałszowany pogląd o Białorusi, w Warszawie powstało Białoruskie Centrum Informacji Turystycznej. Warto tam zajrzeć.

Trudno wymienić wszystkie osiągnięcia Białorusi za rządów Łukaszenki. Ale należy wspomnieć o ośrodkach sportowych, szczególnie czynnych cały rok lodowiskach, gdzie Polska jawi się Kopciuszkiem. Chociażby w Mińsku jest 7ogromnych lodowisk, na których co dzień jeżdżą tysiące mieszkańców. Ale oczywiście polskojęzyczne media o osiągnięciach Białorusi milczą. Uprawiają dywersję propagandową – wrogą, kłamliwą, jadowitą, opartą na najgorszych goebbelsowskich wzorcach. Dlatego przeciętny Polak stale zauroczony zgniłym, zdemoralizowanym Zachodem, odbiera Białoruś w krzywy zwierciadle. Do tego dochodzą stare, niczym nieuzasadnione stereotypy wypracowane w czasach Związku Sowieckiego. Obraża się prezydenta Łukaszenkę, którego sami Białorusini odbierają jako ojca opatrznościowego narodu. Dlatego Łukaszenka nie musi fałszować wyborów. Sami pytajcie Białorusinów, na kogo głosowali. Odpowiedź będzie taka sama – na Łukaszenkę! Na Białorusi kontrkandydatów nikt prawie nie zna, choć ja znam jednego pana, Polaka, który powinien zostać prezydentem Polski, a nie pchać się na Białoruś, gdzie przegra. Przegra, bo Białorusini są na tyle mądrzy, że jeśli już mają znakomitego gospodarza, to nie chcą go zmieniać.

Aby w Polsce obrzydzić Łukaszenkę, robi się z niego wroga mieszkających tam Polaków. A to jest kłamstwo wyjątkowo podłe, bo Polacy na Białorusi, mają prawa równe Białorusinom. To Polacy są w Polsce dyskryminowani przez pasożytniczą mniejszość chazarską. Kto nie wierzy, niech np. wytoczy w sądzie żydowi sprawę. Jakąkolwiek. Wtedy szybko uwierzy kogo chroni prawo, bo już przed procesem jest na pozycji przegranej. Jednakże na litość Boską, Łukaszenka jako przywódca suwerennego kraju, nie musi i nie powinien hołubić wrogiej wobec niego żydo-liberalnej agentury, popieranej przez Warszawę (czytaj Waszyngton i Brukselę), oraz chazarską, pasożytniczo-złodziejską finansjerę, która stale ostrzy zęby, aby ten kraj rozkraść!

Białorusini nie mają takiego dylematu jak podczas ostatnich wyborów Polacy: Który z kandydatów będzie gorszy, albo który będzie lepiej pilnował interesów lichwiarzy i złodziei, bo przecież do cholery nie interesów Polaków! Już o taka ekstrawagancję, to żadnego z tych indywiduów posądzać nie można.

Poskojęzyczne tuby nienawiści i kolejni ministrowie spraw zagranicznych, przedstawiają prezydenta Łukaszenkę jako wroga Polski i Polaków. (Zresztą te kreatury zrobiły wszystko, by zniszczyć nasze tradycyjne przyjaźnie z wieloma narodami, by w zamian wspierać naszych odwiecznych wrogów). Fakty mówią co innego, bo wśród Polaków mieszkających na Białorusi nie ma ani bezrobotnych, ani bezdomnych. To „demokratyczny” przywilej Polaków żyjących w Polsce i np. w amerykańskim raju. Jednakże Polacy, jak pozostali obywatele muszą przestrzegać obowiązującego tam prawa.

Polskojęzyczne media milczą na temat ogromnych nakładów państwa białoruskiego na ratowanie polskich zabytków, ich restaurację, oraz utrzymywanie ich w doskonałej kondycji. Żadna polskojęzyczna telewizja nie pokazała całkowitej rekonstrukcji siedziby Radziwiłłów w Nieświeżu, gdzie jest muzeum w którym tematyczną podstawę stanowi Polska i Radziwiłlowie. Ten zamek – pałac powstał z ruin, a jest to inwestycja wielomiliardowa, porównywalna do odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie, wraz z wyposażeniem w bezcenne dzieła sztuki. Nie pokazano oddania do użytku dla zwiedzających tego zespołu pałacowego, nad którego odbudową miał bezpośrednią pieczę właśnie prezydent Łukaszenka. I nie pokazano ze wstydu, bo te kanalie poczucia wstydu nie znają, ale ze zwykłej wrogości. Po prostu przejaw klasycznego chamstwa, jakże charakterystycznego dla „ elity”.

Również z inicjatywy prezydenta Łukaszenki odtworzono od podstaw drewniany dwór wraz z zabudowaniami w Zaosiu, gdzie przyszedł na świat Adam Mickiewicz. Dwór spłonął na początku XX wieku i w okresie międzywojnia nie znalazł się żaden sponsor spośród polskich magnatów, aby go odbudować, nie mówiąc o rządach II RP. Za współczesnych, złodziejskich rządów nie ma pieniędzy na odbudowę zabytków, świadczących o naszej potędze i wysokim rozwoju cywilizacyjnym. W zamian za to są środki np. na postawienie ohydnej plastikowej palmy na przeciwko Centrum Finansowego w Warszawie. Palma ta jest symbolem Jerozolimy i wyraźnie mówi, kto rządzi polskimi finansami. Nie ma pieniędzy na kulturę. Ale na menorę zrobioną na Pałacu Kultury z dziesiątków tysięcy żarówek za nasze pieniądze, aby parszywym Chazarom było miło, to Gronkowca stać. Stać jeszcze ją na pedalską, znienawidzoną przez warszawiaków tęczę, złośliwie ustawioną naprzeciwko Kościoła Zbawiciela, by drażniła uczucia religijne Polaków. Nie docierają żadne protesty i wielokrotne podpalenia tej szmiry dla zboczeńców. Chwała Bogu, jeszcze większość najwartościowszych zabytków naszej kultury należy do Narodu. Pytanie – jak długo?

Jeśli prezydenta Białorusi oszczekuje się jako wroga Polaków, to jakim wrogiem narodu polskiego są ci, którzy mocą swojej władzy niszczą naszą kulturę i narodowych twórców? Polacy jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę kto nimi rządzi. Nie dość, że „wybrańcy” lucyfera rozgrabili cała Polskę, to jeszcze narobili ponad 2 biliony długu, które też ukradli!

Soros i jego banda kryminalistów, chcieliby widzieć na miejscu Łukaszenki swojego zaprzedanego agenta i mimo mieszania w głowach Białorusinom, ten numer nie przeszedł. A do tego jeszcze Łukaszenka pozamykał różnych miejscowych Kuroni, Michników i innych Balcerowiczów. – Aj, waj – nie dają rozkraść Białorusi!

Białorusinom należy pogratulować, że któryś raz z kolei wybrali Łukaszenkę na swojego przywódcę i można liczyć, że wybiorą go jeszcze raz na jesieni tego roku. Łukaszenka wyprowadził Białoruś z zapaści cywilizacyjnej i zrobił z niej wspaniałe nowoczesne państwo. Nie przekazał banków Chazarom, nie zlikwidował przemysłu, tylko go rozwija. Nie pozwala też truć swojego narodu z powietrza (chemtrails) i nie wprowadza zbrodniczego GMO na stoły swoich rodaków. A więc wybierając Łukaszenkę, wybory wygrywają przede wszystkim Białorusini. Na swoje szczęście nie zatracili instynktu samozachowawczego jak Polacy.

6 sierpnia odbędzie się zaprzysiężenie nowego prezydenta. Dotąd żaden prezydent III RP przysięgi nie dotrzymał, chyba z wyjątkiem Jaruzelskiego, który (jak się wydaje) nie zdążył jej złamać nie dlatego że nie chciał, tylko dlatego, że za krótko był tą marionetką . Każdy przyczynił się do utraty suwerenności, grabieży Polski i zdradą interesów narodowych. Nic nie wskazuje na to, by nowy prezydent miał być inny i się czymś pozytywnym dla Polaków wyróżnić. Pięknych gadek, to my słuchamy od 26 lat! Jak wszyscy inni, nie dotrzyma obietnic wyborczych, a za rok, najdalej dwa, Polacy będą go przeklinać. Ja wiem swoje – jeśli prezydentem zostaje ktoś, kto uczestniczy w nielegalnych obradach Knesetu na terenie naszego państwa, nie może być dobrym prezydentem Polaków. Dlatego czasem sobie myślę, że gdybym kiedyś ożenił się z poznaną Białorusinką i zamieszkał na Białorusi, to miałbym piękną, inteligentną żonę i PRACĘ. Miałbym też jednego w życiu prezydenta, z którego mógłbym być DUMNY.

Kiedyś nie myślałem, jakie to w życiu ważne – mieć prezydenta, z którego można być DUMNYM. No cóż, jestem chyba zbyt sentymentalny, a w dzisiejszych czasach, nie ma już miejsca na sentymenty.

Dyżurny Psychiatra Kraju,

Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/wiwat ... ka-2015-08



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt sie 04, 2015 5:22 pm

Czerwony kapturek


Obrazek


Wśród Bieszczad kniei, opodal Zagórza,
odwiedźcie Poraż. To wioska nieduża.
Tu ja wam powiem, bo o tym nie wiecie-
sioło to znane w caluśkim powiecie.

Przysiółek, wierzcie- jest całkiem prawdziwy,
a znany z tego, że robią zeń zgrywy.
Z Poraża również, jak wszędzie z Wąchocka,
kpi się w Bieszczadach, ja proszę panocka.

Właśnie w Porażu, wśród lasów i górek,
mieszka do dzisiaj Czerwony Kapturek.
Teraz ta dama jest bardzo sędziwa,
lecz była w swym życiu bardzo szczęśliwa.

Szczęście niewiasty i jej powodzenie,
daje wszak miejsce, gdzie jest przyrodzenie.
Punkcik wspaniały odkryła w swym kroczku,
gdy raz w kołysce, usiadła na smoczku.

Szybko się uczy Czerwony Kapturek-
smoka trza possać, nim włoży się w dziurę.
Również spostrzegła, co robić paluszkiem,
gdy rączka trafi pod miękką pieluszkę.

Szybko dorastał Kapturek Czerwony,
Choć w czas komuny, był człek zniewolony.
Długo szalała komuna „zbrodnicza”,
lecz kilka jej zalet, żwawo wyliczam:

Czynsz był malutki i niskie opłaty,
a na wsiach lekarz, sam przyszedł do chaty.
Mieszkania dawali ludziom komuchy
i syte mieli mieszczuchy swe brzuchy.

Człowiek bezdomny był zwykle kosmitą
i każdy robotę miał należytą.
Do tego wczasy, kolonie dla dzieci
i nikt nie pękał, że z pracy wyleci.

Lecz lud w Polsce nie był zadowolony,
bo musiał pokochać kolor czerwony.
Więc kiedy był pochód pierwszomajowy,
w krawacie członek miał iść karminowym.

Członkowie partii, bo o nich tu mowa,
a ogół członków- to Polska Ludowa!
Tatko dziewczynki był gminnym działaczem,
kazał jej uszyć czerwony kubraczek;

do tego kaptur czerwony- aż miło
i od tej pory tak dziewczę chodziło.
Rósł jak na drożdżach Czerwony Kapturek,
choć jak wspomniałem, to czasy ponure.

Mama raz mówi:-Kapturku mój mały,
masz tu koszyczek, a w nim wiktuały.
Jest więc masełko, drożdżowe ciasteczka,
pół litra bimbru i pszenna bułeczka.

-Biegnij do babci, bo babcia słabuje,
pewnie ma kaca, źle zatem się czuje.
Włożyło dziewczę swój kaptur czerwony,
jest już na drodze i mija wsi domy.

Biegnie Kapturek w kierunku Rzepedzi,
a na ścieżynie, kudłaty wilk siedzi.
Wita się grzecznie i bije pokłony-
kłaniam się nisko, Kapturku Czerwony
-Ach witam wilku, cóż robisz mój kumie?

-Pewnie się nudzisz- jak dobrze rozumiem?!
Na widok kiecki, wilk aż się zaślinił,
lecz widząc drwali jej krzywdy nie czynił.
Niby coś warknął, do siebie coś gada
i Kapturkowi tak odpowiada:
-Przechodzę ja sobie przez połoninę,
konsumpcji bym poddał jakaś dziewczynę.

Bo widzisz Kapturku Czerwony,
ostatnio ja jestem dość wyposzczony!
– Choć sama jesteś snadź cud smakołykiem,
to ja się pytam:-a gdzie z tym koszykiem?

Zajrzała w ślepia chytrego basiora-
idę do babci, bo babcia jest chora!
-A gdzież to mieszka twa babcia – kochanie?
-W lesie za młynem ma swoje mieszkanie!

Pobiegł wilk truchtem, do babcinej chaty,
dziewczę szło wolno i jakby na raty.
Zebrać garść jagód, dla małej to chwila,
a na polanie ganiała motyla.

Znalazła kwiatki, zrobiła wiązankę,
a wilk już trzyma babcinych drzwi klamkę.
Tak oto basior do babci się dostał,
wlazł do łóżeczka i tam już pozostał.

Szybko babunie pod pierzynkę schował
i tę niebogę tam wnet skonsumował.
Kapturek do drzwi zapukał chatyny,
wtem głos dobiega do ucha dziewczyny:
– ciągnij zatyczkę, za nóżkę tę kozią,
a drzwi się same, bez trudu otworzą!

Dzieweczka teraz odczuwa tu stracha,
bo głos jej znany, lecz J. Himilsbacha!
Jednak kapuje skąd wzięła się zmiana,
bo przecież babcia jest dzisiaj przechlana…

Szybko wilk z ciuszków rozebrał babinę
sam wnet założył reformy babcine.
Do tego czepek i nocną koszulę
i już udaje Kapturka babulę.

Zwierzak ten właśnie stanowi mężczyznę,
który uwielbia wręcz damską bieliznę.
Jeśli chłop wkłada bieliznę kobity,
to miano nosi…ten zbok- transwestyty.

Wchodzi do chaty Kapturek Czerwony,
wilk bardzo zdał się być zadowolony.
A babcia naga, się wstydząc Kapturka,
pod pierzynkę hyc- jak pstrąg dała nurka.

Kapturek ma oczka bardzo zdziwione,
bo widzi w łóżku kudłatą matronę.
Dziwnie brzmią słowa na jej powitanie:
– połóż się ze mną- kapturku , kochanie…

I nagle dziewczę się szybko rozbiera,
wilk się znów ślini, ślepiami spoziera.
Lecz trzeba z Poraża być ćwokiem panie,
by zadać głupie wilkowi pytanie:
-a czemu babciu, tak wielkie masz zęby?
Jakby Kapturek nie poznał jej gęby.
Wiedzą wszak wszyscy, że babcia Kapturka,
ma cztery zęby, a w każdym jest dziurka!

Co myśli sobie, dziewczątko to głupie,
gdy słyszy słowa:- chętnie cię schrupię?
A więc Kapturek też został schrupany.
Wilk skonsumował, zarazem dwie damy.

Spędził z dzieweczką upojne trzy chwile,
bowiem okazał się on …pedofilem.
Lecz jak wspomniałem na bajki początku,
Kapturek żyje, wiec wszystko w porządku.

Dlatego młodzi- wystąpię z twierdzeniem:
konsumpcja nie jest wszak tylko jedzeniem!

Co było dalej? Jałowa to mowa
sprawę wyjaśni…Komisja Sejmowa!

Ja tylko dodam, kochani od siebie-
Kapturek poznał, jak znaleźć się w niebie.
Starczyła w łóżku wspaniała raz chwilka,
aby Kapturek już sam szukał wilka.
Bo chociaż chory i całkiem paskudny,
to miał wilk w portkach instrument przecudny.

Z tego narzędzia, jak mówią w Bieszczadach-
niejedna dama bywała wszak rada.
Później po lasach , wilk chętnie się chwalił,
że on w Kapturku chuć wielką rozpalił.

Łupem Kapturka leśnicy padali,
setki turystów i trzy kopy drwali.
Kapturek pełnił po lasach swą misję,
lecz z racji wieku, już podjął dymisję.

Dzisiaj ta pani kapturek ma nowy-
nadal czerwony, lecz moherowy.
Nie wyznam jak się ta dama nazywa,
Kapturek bowiem, to tylko jest ksywa.

Nazwiska ważna ustawa jej chroni,
a tu dyskrecja przed pierdlem mnie chroni.
Teraz morałem podzielę się z wami:

Sedno bajeczek jest miedzy wierszami.
Gdy zaczniesz czytać kłamliwe gazety,
to ta praktyka się przyda- niestety…





Dyżurny Psychiatra Kraju
Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/czerw ... ek-2015-08



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Cz sie 06, 2015 12:11 pm

Radosne wakacje z chemtrails.

Obrazek

https://www.google.gr/search?q=chemtrai ... ZRDnYZM%3A



Drogi Czytelniku,

mamy sezon ogórkowy, na nadmorskich plażach patrzymy w zawsze zamglone niebo sztucznymi chmurami i smugami trucizny (chemtrails) zrzucanej na nas z samolotów przez rządzących światem ludobójców. Stale leci na Was pył aluminium, baru, strontu i wiele innego gówna.


Oczywiście ten akt ludobójstwa odbywa się za zgodą Sejmu, Senatu, Rządu i zmieniających się prezydentów. Zasiadający obecnie na stolcu prezydenckim Andrzej Duda, jest oczywiście w temacie, bo przecież nikt nie ukrywa przed nim największej zbrodni w dziejach świata.
Tak że prażycie się Państwo w lekko zamglonym powietrzu, a cichutko opada na Was niewidzialna trucizna, którą musicie wdychać i od czasu do czasu biegniecie do morza, by się ochłodzić w zatrutych falach Bałtyku. To samo świństwo wdychają Wasze dzieci. Jedynym pocieszającym faktem jest, że syf wciąga do organizmu Wasza zrzędząca i wścibiająca we wszystko swój wredny nochal teściowa. Szybciej się wykończy i ostatnie kilka lat pożyjecie jeszcze bez zrzędzenia.
Szkoda tylko pieska, ulubionej maskotki Waszych dzieci. Oczywiście Kopaczka i inni rządziciele też oddychają syfem, ale oni dysponują antidotum, wiec Wy i Wasze dzieci im zwisacie kalafiorem. Oni przeżyją, my zwolna umierać będziemy na raka, astmę, alzheimera i będziemy ślepnąć z powodu zaćmy, których to choróbsk mamy epidemię.
Ale cóż, trzeba wypocząć i w takich warunkach, by mieć siłę do niewolniczej pracy po kilkanaście godzin dziennie na umowę śmieciową. Do większości społeczeństwa fakt rozpoczętej na szeroką skalę depopulacji nie dociera. Widzą smugi chemiczne, czytają w internecie o chemtrails i jedni mimo oczywistych faktów nie wierzą temu co czytają, a nawet nie wierzą własnym oczom. Inni uznali, że nic nie zmienią, więc przechodzą do porządku dziennego. Wszak umrzeć kiedyś trzeba. Słusznie.
Na jesieni też wybierzecie do Sejmu następnych bandytów i złodziei, którzy pracować będą nad tym, by żyło się jeszcze dostatniej. Chazarom. A nam jak Bóg da, byle szybciej zmniejszyć liczbę ludności w polskiej w Polsce, bo miliony obcych czekają.

Nie chcę dalej przynudzać, a ludzi myślących zasmucać. Dlatego właśnie, w związku z wakacjami postaram się pisać bardziej na wesoło. Ponieważ ja, jako osoba poddana zemście władz chazarskich każdego szczebla i skazany na wszystkie elementy terroru ekonomicznego, od wielu lat na wakacje nie wyjeżdżam, to mam czas na rozmyślania. Ostatnio rozmyślałem na temat mądrości naszych przysłów ludowych. Przeanalizowałem ostatnio przysłowie „Nie szata zdobi człowieka”. – A co do cholery niby ma zdobić? – myślałem długo i wymyśliłem.

CO ZDOBI CZŁOWIEKA ( KOBIETĘ)?

W Augustowie, pewna dama,

była bardzo podziwiana.

Absolwentką jest Sorbony,

zna języki, ma dyplomy;

jest też młoda, pełna cnoty,

miała inne też przymioty.



Ludzie mówią: Dość bogata,

bo nad Neckiem własna chata,

na paluszkach trzy brylanty

i samochód ma galanty.



Jednak w całej tej mieścinie,

z elegancji dama słynie

i wygląda jak ta lala –

jak wyjęta wprost…z żurnala:

Długie suknie, w tym balowe,

piękne futro sobolowe,

i garsonki, i żakiety –

choć w nich gorzej jej – niestety.

No i dodać jeszcze muszę –

miała piękne kapelusze.

A to wszystko jest od Diora,

(tego mody kreatora).

Dama zawsze jest w szpileczkach –

już wspomniałem – jak laleczka.



Zawsze szczelnie okutana –

skryte uda i kolana.

Ani z dala, ni w pobliżu,

nikt nie widział jej w negliżu.

Mimo wielkiej swej kultury,

nie zna z męskiej nic natury.



Żyje jakby zakonnica,

bo to nie jest latawica.

– Ale kto by to doceniał?

Wiec nie miała powodzenia…



Pytasz: – jakie są przyczyny,

że nikt nie chce tej dziewczyny?

Z wyjaśnieniem już nie zwlekam:

– To nie szata zdobi człeka!

– W takim razie – co tu robić,

co człowieka może zdobić?



Na pytanie już odpowiem:

– Otóż w pięknym Augustowie,

(a miasteczko, to letnisko) –

jest nad Neckiem kąpielisko.



Tutaj kiedyś, w środku lata,

przyjechała małolata.

Męska część wiec Augustowa,

jest ciekawa, bo…twarz nowa.

Widać z dala: młoda kotka –

słodka również z niej idiotka.



Młódka poszła nad jezioro,

gdzie tych panów było sporo.

Już nad Neckiem się plażuje,

chłopcom ciałko prezentuje.



Ubiór skąpy, bo majteczki

(skrzyżowane dwa sznureczki),

okulary, klipsy z miedzi

i na kocu sobie siedzi.

Więcej z szatek nie ma nic,

w słońcu pręży jędrny cyc.



Każdy patrzy, każdy marzy –

jakież piękne krajobrazy!

Każdy mlaska i się ślini –

(chyba mamy coś ze świni).

Piękniejszego nic tu nie ma –

wynurzyła się syrena?



Piękna tutaj nie zaprzeczy,

nawet babsko, co tak skrzeczy.

Krew nie woda, krew buzuje;

patrzę również, kombinuję…



Nagle wrzeszczę: – eureka!

Wiesz, co zdobi nam człowieka?

Odpowiadam Wam już na to:

– człeka zdobi, co pod szatą!



DAŁ BUZI RÓZI

W szkole raz Józio, chciał poznać Rózię,

bo Rózia śliczną posiada buzię.

Józio do Rózi robi podchody,

choć w buzi Józia – brak jest urody.

Józio na buzi posiada krochale,

ale do Rózi podszedł zuchwale.

Stojąc przed Rózią, buzi dał Rózi,

za co od Rózi dostał po buzi…



Żeby nie było już takiej draki,

dla was chłopaki, morał mam taki:

– Nigdy nie całuj dziewczyny cichcem,

kiedy sam jesteś…zwyczajnym parszywcem!



Dyżurny Psychiatra Kraju,

Cezary Piotr Tarkowski

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/rados ... ju-2015-08




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » N sie 09, 2015 8:39 am

Gender.


Obrazek


Ta szatańska ideologia, wzięła się jakby znikąd. Niby te i podobne szaleństwa biorą się z morowego powietrza. Ot, antychryst puścił bąka i mamy coś nowego. Najpierw aborcja, później eutanazja, in vitro i uznanie zboczeń seksualnych jest już czymś normalnym. Następnie w kolejności jest zalegalizowanie małżeństw pederastów. Niemcy już odkryli, że związki kazirodcze też są czymś wspaniałym. Zapewne niebawem jakiś parlament zalegalizuje związki partnerskie z pawianami!



I tak, to tu, to tam, jakiś parlament legalizuje coś, co jest sprzeczne z prawem naturalnym, a więc prawem Boskim. Wystarczy, że jeden parlament zalegalizuje jakiś zbrodniczy pomysł i zaczyna się lawina. Mamy przecież „demokrację”, więc nie wszędzie od razu. Wybrańcy narodów muszą przecież „przedyskutować” i „przegłosować” nowe ustawy. W telewizorniach pojawiają się natychmiast „autorytety” z piekła rodem, wylansowane przez żydo-masonerię i wychwalające „korzyści” płynące z nowoczesnych rozwiązań prawnych. Lud niegdyś Boży, słucha tych bredni i w końcu ulega znużeniu. Część uznaje, że trzeba iść z „postępem” i nie protestuje, reszta wychodzi z założenia, że i tak wszelkie protesty na nic się zdadzą, bo ONI i tak zrobią co chcą. I tak to się kręci.

Jako Dyżurny Psychiatra Kraju nie nadążam, bo w moich podręcznikach psychiatrii, wszystkie zboczenia są po prostu zboczeniami, które należy leczyć. Natomiast ci, którzy wprowadzają tę patologię w życie, powinni być izolowani na zawsze od ludzkości. To niebezpieczni kryminaliści, którzy niszczą rodzinę, całe społeczeństwa i cywilizację tworzoną tysiące lat. Niszczą ludzkość. Skąd się to bierze? Ano takie dyrektywy, nazywane Nowym Porządkiem Świata, tworzy tzw. Rząd Światowy. To najbardziej zbrodnicze gremium w dziejach świata, stanowiące zorganizowane grupy przestępcze z różnych krajów, nawet z Polski. To oczywiście żydo-masońskie bandy, Grupa Bilderberg, tzw. Komisja Trójstronna i inna swołocz, finansowana i praktycznie zarządzana przez najbogatszych banksterów. Oni to ustalają wytyczne, którym muszą podporządkować się rządy narodowe. Chazarski bolszewizm, nazizm i syjonizm razem wzięte, to mały pikuś do współczesnej Ideologii satanistycznych zbrodniarzy. Trzeba dodać, że wymienione wyżej trzy zbrodnicze chazarskie ideologie, tworzone były w opozycji do Pana Boga, którego istnienie odrzucały. Teraz członkowie rządu światowego mają boga. Jest nim lucyfer, czyli baphomet, któremu składają rytualne ofiary z ludzi.

To, co te kanalie zamierzają zrobić z ludzkością, jest wyraźnie wypowiedziane przed kamerą w wywiadzie zatytułowanym „Goj musi służyć, oraz przyjąć religię”. Wywiadu udzielił znany bankster i arcyzbrodniarz David Rockefeller, który dzięki Bogu zdechł w czerwcu br. W internecie można znaleźć wywiady z innymi wyznawcami lucyfera, więc nie będę się nadto rozpisywał. Kto chce mieć wiedzę, niech czyta. Kto chce żyć w błogiej nieświadomości, niechaj dalej ogląda seriale dla debili.

Głównym celem rządu światowego, jest depopulacja, to znaczy drastyczne zmniejszenie ludności świata. Na początek, postanowili wymordować 6,6 miliarda (!) ludzi. (66, to liczba szatana – przypominam). Aby to osiągnąć, najpierw oprócz trucia nas z powietrza (chemtrails), stosowania zatrutej wody fluorem, zatrutej żywności GMO i innymi świństwami, oraz specjalnymi „szczepionkami” niosącymi śmierć, postanowili zdemoralizować ludzkość doprowadzając ją do zezwierzęcenia. To obszerny temat na inną okazję, ale żydo-masońskie plugastwo doszło do wniosku, że aby osiągnąć zamierzony cel, ludzi należy ogłupiać i demoralizować praktycznie od niemowlęctwa. Mają setki lat doświadczeń ze swoim tresowanym potomstwem, bowiem dzieci żydowskie od niemowlęctwa uczone są nienawiści do Gojów. Tak powstała również ideologia gender. A więc w przedszkolach dzieci są najpierw nauczane wyzbywania się wstydu do publicznego okazywania swej nagości.

Na spotkaniu autorskim w jednym z warszawskich przedszkoli, naprzeciw sali, w której prowadziłem zajęcia, była koedukacyjna toaleta. Dzieci z niej korzystające, miały zakaz zamykania drzwi, które muszą tam być otwarte na całą szerokość. Swoje potrzeby muszą załatwiać na oczach innych dzieci i osób obcych. Na moje pytanie – dlaczego, pani odpowiedziała, że mają taką instrukcję z zewnątrz. Chodzi o to, by dziecko nie uległo wypadkowi.(!)

U nas, to dopiero początek, bo jesteśmy „zacofani”, ale na bardziej oświeconym (bo bez Boga) Zachodzie, uczy się dzieci masturbacji. W Polsce, to dopiero zadanie dla nowego Sejmu, który uchwali odpowiednią ustawę, a który Państwo wybierzecie na jesieni.

Nie określa się płci. Dziewczynka może być chłopczykiem, chłopczyk dziewczynką. Nie ma różnicy. Ukuto już nowy wyraz „chłopczynka”, który ma określać dziecko.

To, co w Polsce jest ostatnio najbardziej widoczne, to brak dobrych książek dla dzieci. Mimo tysięcy tytułów, w ogromnej ilości zagranicznych autorów, gór różnego kolorowego dziadostwa, wyrażającego niezrozumiały bełkot chorej wyobraźni autorów, nie ma książek mądrych, wesołych, interesujących, uczących jak niegdyś prawidłowych zachowań, rozwijających w sposób prawidłowy dziecko. Dzieci są przyzwyczajane do bezwartościowej szmiry, tak jak dorosłych przygłupów karmi się tasiemcowymi serialami o niczym, by zniszczyć indywidualizm i szerzyć bezmyślność. Dzieje się tak, ponieważ polskie wydawnictwa można policzyć na palcach. Te które są, mają stałe kłopoty finansowe. Drukują w Polsce, mają problemy ze zbytem, a żydowskie hurtownie płacą im tylko ok. 50% ceny detalicznej książki. A więc polskie wydawnictwo musi zapłacić honorarium autorowi i ilustratorowi, za druk, wynajem lokalu i podatek, od którego obce wydawnictwa są zwalniane. Czyli musi zmieścić się w wydatkach 50% z ceny detalicznej. Duże wydawnictwa w łapskach Chazarów, są z założenia antypolskie. Promują obcych autorów kupując drogie licencje zagraniczne, nie przyjmują prac nawet wysokiej wartości literackiej polskich autorów. Chodzi o całkowite unicestwienie polskiej twórczości i kultury jako takiej. Swoje książki drukują za granicą, głównie w Chinach, co doprowadziło dziesiątki polskich drukarni do bankructwa. Mają również dotacje ministerstw i takich sponsorów jak TV, Gazeta Wyborcza, Fundacja Batorego i innych antypolskich ośrodków.

Mnie od 2004 do 2006r. wydano ok. 25 książek. Później zaczęły się kłopoty, bo trafiłem na „czarną listę” z powodów politycznych ale wznawiano niektóre tytuły i robiono dodruki, bo książki były chętnie nabywane przez czytelników. W ciągu następnych 3 lat, niejako z rozpędu wydano mi jeszcze 3 książki, a od dwóch lat ani jednej. Nie ma w Polsce jednego wydawnictwa dziecięcego, do którego nie wysłałbym tekstów, a mam ponad 70 bajek różnej objętości tekstowej do wydania. Moje bajki mają wspaniałe recenzje najwybitniejszych polskich twórców i specjalistów z dziedziny literatury. Ale przede wszystkim podobają się zwykłym ludziom, a więc czytelnikom.

Dzwoniłem do niektórych wydawców i usiłowałem dowiedzieć się dlaczego odrzucają moje propozycje, które przyniosłyby dochód, a drukują szmirę. Odpowiedź jakiej udzieliła mi redaktorka jednej z oficyn, była taka: – Proszę pana, nie wydamy pańskich bajek, bo są mało nowoczesne. Zbyt staroświeckie…- Jak to – zapytałem. Przecież w moich bajkach są samochody, telewizory, noktowizory nawet! – Możliwe – powiedział głos w słuchawce, ale to nie ten trend. Pisze pan nieźle, rytmicznie, więc mam dla pana propozycję – jeśli napisze pan bajkę o dziewczynce, którą wychowują dwie mamusie, to my dobrze zapłacimy! A dalej, jeśli będzie pan pisał w tym stylu dla nas, to my pana wypromujemy. Będzie pan częstym gościem w telewizji, otrzyma pan Order Uśmiechu, w sumie będzie pan sławny i bogaty!

W maju br., będąc na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie, znalazłem wydawnictwo Tako z Torunia, do którego kilka razy wysyłałem swoje bajki (bez odpowiedzi). Nim podjąłem rozmowę, zauważyłem serię książeczek jakiegoś zachodniego oczywiście autora. Tytuł pierwszej, to: „Czy Julka ma siurka?”, opatrzonej obrzydliwymi ilustracjami na poziomie malowideł sztuki ludowej w niektórych gminnych wychodkach. Druga książeczka nosi tytuł „Julka chce mieć dzidziusia”. Instrukcja jak się robi dzidziusia jest dość jasna i precyzyjna, a czysto pornograficzne ilustracje rodem, dopełniają kwintesencję wiedzy, jaką powinien uzyskać przedszkolak. Podobnych dzieł literacko – szkoleniowych z tej dziedziny było tam znacznie więcej, ale zapamiętałem tylko te dwa tytuły. Na moje pytanie – kto te świństwa kupi, pan z działu handlowego odpowiedział, że książeczki są dotowane przez Ministerstwo Edukacji i Ministerstwo Kultury, więc on się nie martwi. To muszą wziąć przedszkola i nie ma gadania!

Moich książek Ministerstwo Edukacji na pewno dotować nie będzie. Ministerstwo Kultury też. Bo moje książki uczą zupełnie czego innego. Gloryfikują dobro pod wszelką postacią, przyjaźń i miłość, a napiętnują zło (w znaczeniu chrześcijańskim). Są wesołe, więc dzieci uwielbiają słuchać tych bajek. Jednakże w wielu bajkach popełniam zbrodnię niewybaczalną. Przemycam wartości chrześcijańskie, a co gorsza patriotyczne. To straszne.- On śmie uczyć miłości do Boga, a co gorsza do Ojczyzny! Takiego to wsadzić do pierdla, albo w szabas ukatrupić! W każdym razie nie wydawać pod żadnym pozorem , ani pretekstem!

Jako przykład niepoprawności politycznej w bajkach, posłużę się fragmentem książki wydanej w 2008 przez wydawnictwo Felberg. Stanowi ona część cyklu „Podróże kosa i Szczurka – wyprawa balonem”. Bohaterowie tej książki, dwaj wielcy przyjaciele zbudowali balon i zwiedzają południową Polskę. Balon startuje w Opolu i z wiatrem zwierzaki lecą na wschód do Krakowa, który będą zwiedzać. Po drodze przelatują nad Częstochową. Ponieważ bajka jest długa, musiałem podzielić ją na części, którym nadałem podtytuły. Oto fragment:

CZĘSTOCHOWA

O, już widać – coś się dymi!

W dali huty są kominy.

Gdy minęli dymów chmurę,

to ujrzeli Jasną Górę.

Po strzelistej poznać wieży,

gdzie to święte miejsce leży.

Już zielone widać blachy,

co klasztorne kryją dachy.

Kos już bywał w Częstochowie,

wiec o mieście tym opowie.

– Tu, w klasztorze paulinów,

rocznie milion jest pielgrzymów.

Wszyscy wierni i pątnicy

podążają do kaplicy.

Najpiękniejsza jest tu w świecie,

Matka Boska na portrecie.

Każdy pragnie z czci wyrazem,

zmówić pacierz przed obrazem

Panny Świętej i Dziewicy,

której cudów nikt nie zliczy.

Z uwielbienia oczy płoną

przed cudowną ta ikoną,

a gdy klęknie pątnik pieszy,

Matka Boska go pocieszy.

Balon zawisł nad klasztorem

w odpowiednią widać porę.

Już fanfary w dole grają,

znak, że obraz odsłaniają.

A w historii z tym obrazem,

jest związanych wiele zdarzeń.

Raz za Jana Kazimierza,

Polskę podbić Szwed zamierzał

i niewiele brakowało,

aby mu się to udało.

Miasta w Litwie i Koronie,

legły w gruzach poniszczone.

Szwedzkie wojsko kraj zalało,

wszędzie czyniąc krzywd niemało,

więc ten żywioł zwano potem –

nie inaczej – jak potopem.

Lud w opiekę Matki Boskiej,

klasztor oddał częstochowski.

Ksiądz Kordecki murów nie dał

i powstrzymał pochód Szweda.

Mężny przykład Częstochowy,

tchnął w rycerstwo duch bojowy.

Kraj Madonnie powierzony,

został śmiało wyzwolony.

Od tej pory w Częstochowie,

miejsce kultu jest Królowej,

bo Maryja, Matka Boska –

to Królowa nasza polska! (…)

Podobnych fragmentów swoich bajek, mógłbym przytoczyć multum, nawet zaprezentować całe utwory, ale Wolna Polska nie jest forum na ich prezentację. Nie narzucam nikomu swojej literatury, myślę jednak, że byłaby ona częściowym antidotum na otaczające nas zewsząd zło i wpłynąć w pewnym stopniu na prawidłowy rozwój polskich dzieci. Ale jest to bardzo źle widziane. O tym jakie książki mają być dla dzieci publikowane, decyduje m. in. Kazimiera Szczuka, znana z programów Lisa, gdzie twierdziła, że Polacy zatłukli w czasie okupacji hitlerowskiej kijami i widłami 80 000 żydów z niskich pobudek. Sama też prowadziła różne programy telewizyjne. Podczas jednego z nich, w tel. Polsat, naśmiewała się i przedrzeźniała Madzię Buczek, niepełnosprawną dziewczynkę prowadzącą Kółko Różańcowe dla Dzieci w Radio Maryja. Obecnie Szczuka pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN i wykłada GENDER w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. A więc gender jest już w Polsce nauką!

Nie mam najmniejszych szans, aby w Polsce wydało jakiekolwiek wydawnictwo moje Bajki. Mogę to zrobić tylko na własny koszt. Do druku jest przygotowanych 12 książeczek. Jednakże jestem odcięty od jakiegokolwiek źródła dochodu. Na bogatych sponsorów nie liczę, bo prawdziwi Polacy nie mają majątków. Na mój poprzedni apel o finansowe wsparcie projektu wydania na początek 6 książeczek, z wielotysięcznej rzeszy naszych czytelników, odpowiedziały 3 osoby: pp. Izabela Wiktoria Furman, Dominik Niewadzisz i Zapasek Remigiusz. Wszystkie te osoby wpłaciły po 100 zł. Serdecznie dziękuję za ten dar serca. Jednakże na honorarium dla ilustratora i kolorowy druk potrzeba jest ok. 18 000 tys. zł. Myślę, że gdyby każdy z naszych Czytelników wpłacił po złotówce, czy po 2 zł, to program ten mógłby być zrealizowany. Dlatego ponawiam apel o pomoc w wydawaniu antygenderowskich książek.

Dyżurny Psychiatra Kraju,

Cezary Piotr Tarkowski



Dane konta: Cezary Tarkowski Millennium Bank

nr. 57 1160 2202 0000 0000 8513 2798

Tytuł przelewu: „Darowizna na wydanie książek dla dzieci”.

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/gende ... ju-2015-08




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Śr sie 12, 2015 7:16 pm

Ejdżyzm.

Kiedy byłem piękny i młody, Edward Gierek z niechętnym przyzwoleniem Ruskich, otwierał z wolna Polskę na Zachód. To było mądre posunięcie, bo dynamicznie rozwijał się handel i zbyt dla naszych znakomitych produktów dynamicznie rozwijającego się wtedy przemysłu. Gierek otworzył szeroko drzwi dla nowych technologii i luksusowych towarów, ale nie tylko.

Za Gomułki jedynie szpiedzy i żydzi nie mieli kłopotów z uzyskaniem paszportu. Np. Michnik miał brata, który jako zbrodniarz był wielce ustosunkowany i Adaś mógł sobie wyjeżdżać gdzie tylko chciał i kiedy chciał, z czego skrzętnie korzystał. Na nasze nieszczęście zawsze wracał.

Kiedy do władzy doszła większość polska pod przywództwem Gierka, Polacy w swoich prawach zrównali się z Chazarami i też zaczęli dostawać paszporty. Jednakże wraz z otwarciem na Zachód, zaczęły do nas przenikać nowe prądy młodzieżowe, związane z tzw. ruchem hipisowskim. Takie destrukcyjne prądy promowane przez żydo-masonerię, mają zawsze hasełka oparte na szczytnych ideach, np. wolności i pacyfizmie, a sprowadzające rozkład moralny, degenerację psychiczną i degradację jednostki. I tak np. realizowano hasło „wolnej miłości” podczas biesiad narkotykowych.

Ruch hipisowski miał w Polsce słaby grunt, bo np. w Ameryce stanowił bunt przeciwko zamożnemu społeczeństwu, klimatowi konsumpcji, gorączce produkcji i wojnie w Wietnamie – wszystkiemu, czego u nas nie było. W Polsce ruch hipisowski był jedynie bezmyślnym małpowaniem Zachodu, bo co zachodnie, to mądre i dobre. Jakkolwiek polska wieś obroniła się wtedy przed zachodnią zgnilizną, to w miastach znalazła ona swoich naśladowców wśród tzw. bananowej młodzieży, a więc synalków i córek przedstawicieli nomenklatury partyjno-rządowej i urzędniczej. Zresztą tylko bogatą młodzież stać było na bardzo drogie narkotyki.

Przeciw hipom, jak pogardliwie nazywano wtedy epigonów ruchu hipisowskiego, występowali tzw. gity, którzy swoje wzorce czerpali ze środowisk kryminogennych. Skoro tak, to „gity” uczyli się od kryminalistów żargonu używanego przez więźniów. Dla przykładu, jeśli git wyartykułował zdanie: „Planeta kopsa żaru”, to znaczyło, że słońce mocno grzeje. A jeśli stwierdził: „ Mana kopsła kudłatkę do pasera”, miało to oznaczać, że dziewczyna puściła się za pieniądze. No i git!

Po 1989 r. ”wolność” wdarła się do nas niczym lawa gnoju. Teraz kloaka słowna zalała miasta i wioski i najmniejsze przysiółki. Jest wszechobecna: w domu, w szkole, na ulicy, wyższych uczelniach, w mediach, kinematografii, w kabaretach. Jak wynika z nagranych konwersacji politykierów, wulgaryzmy królują również na najwyższych szczeblach władzy. To mnie akurat nie dziwi, bo to środowisko kryminogenne.

Nikt już nie wie, kto to byli gity, bo w mniejszym lub większym stopniu 75% społeczeństwa porozumiewa się słownictwem kloacznym, a tatuaże będące niegdyś piętnem przestępców, stały się wyróżnikiem dobrego smaku. Zniknęli hipisi, bo narkotyki są dostępne na wyciągnięcie ręki, a „wolna miłość” wyparła miłość romantyczną i stała się normą powszechną już w gimnazjach, a nawet podstawówkach. Potępiane niegdyś „dzieci kwiaty” będące przede wszystkim pacyfistami, jawią się dziś jak dobre duszki przeszłości we współczesnym świecie przemocy, okrucieństwa i totalnym zalewie chamstwa.

W tym morzu szamba, w ciągu 26 lat zmieniła się definicja patologii. Kiedyś zboczenia seksualne stanowiły patologię i od zawsze były zwalczane we wszystkich kulturach. Dziś przeciwnicy zboczeńców są napiętnowani, a nawet sądzeni. Zło jest normą, walka z nim patologią. Kulturą, nazywa się zanik kultury.


Obrazek


W obecnej, „nowoczesnej” cywilizacji zagłady, zaczęła się tworzyć nowa „elita”. To osobnicy, którzy nie mają pojęcia ilu Polaków zginęło w Auschwitz (i nigdy nie będą wiedzieli), ale znają kłamliwą liczbę ofiar żydowskich. Żaden nie przeczytał całych „Chłopów” Reymonta, ale trochę poznał j. angielski. Znajomość angielskiego nobilituje, a polski jest złem koniecznym, aby porozumiewać się z „ciemnotą”. Tu wystarczy kilkanaście wulgaryzmów, z których wyrażenie na „k”. specjalnie modulowane werbalnie, przeważnie stanowi przecinek, ale może równie dobrze być znakiem zapytania, wykrzyknikiem, kropką. Odzwierciedla ono również stan emocjonalny mówcy. Jakby tego było mało, odmóżdżeni kosmopolici oprócz wulgaryzmów, wprowadzają dziesiątki słów angielskich do użytku codziennego. Cięższe przypadki debili gardzących j. polskim, zaczynają mówić niby po polsku, ale z akcentem amerykańskim. Znam taką jedną paniusię, która w Ameryce przez pół roku podcierała żydówkom tyłki za parę dolarów i teraz jest taką „Amerykanką”, że minęły dwa lata, a ona biedna nie potrafi przestawić się na akcent polski. Innym debilom z tej samej szufladki to oczywiście imponuje, ale ja jako Dyżurny Psychiatra Kraju, zaleciłem chorej potężną dawkę lewatywy rano i wieczorem, codziennie, aż do pełnego wyleczenia. Anglo-debile nie znają już polskiego abecadła, a używają wyłącznie angielskiego. Dlatego takie odpolszczone bydlę już nie wymówi po polsku „a”, tylko „ej”. Nie „g”, tylko „dżi”. Dla tego rodzaju debili, jakiś mądry Polak utworzył nazwę EJDŻYŚCI, a zjawisko anglo-debilizmu – EJDŻYZMEM. Gratuluję autorowi!

Ejdżyzm upowszechnił się wraz z komputeryzacją. Oczywiście ejdżyści zaczęli swojego nowego bożka nazywać kompiuterem, co nawet wywołało kiedyś publiczną dyskusję uczonych w mowie, o prawidłowym wymawianiu tego słowa. „Autorytety” z hakami w miejscu nosa, uchwaliły, że kompiuter jest tym samym co komputer i obie formy są poprawne. Zwyciężył jednak rozsądek, bo „kompiuter” się nie przyjął. Dlatego już nie ma podobnych dyskusji, bo ejdżyzm jest poprawny politycznie. Naród bez nauki nie zafałszowanej historii, traci tożsamość. Ale bez własnego literackiego języka jest niczym. Przestaje być w pełni tego słowa znaczeniu narodem. A więc jeden chazarski rząd światowy i jeden uniwersalny język Gojów!

Od czasu, kiedy wszystkie soboty ustanowiono dla uprzywilejowanych darmozjadów jako wolne od urzędowania, to ten dzień wraz z niedzielą, trzeba było jakoś nazwać. Mimo wielu propozycji patriotycznych językoznawców, ejdżyści wprowadzili „łykend”, chociaż prowadzący kiedyś audycję „Ekoradio”, red. Andrzej Zalewski proponował upowszechnić słowo „zapiątek”. Jest to przykład bardzo mądrego słowotwórstwa, pomysłu jednego z radiosłuchaczy. Po śmierci pana Zalewskiego, teraz ja staram się upowszechnić słowo „zapiątek”. Nawet użyłem go w jednej z bajek, która ukazała się w czterech wydaniach jednej z moich wysokonakładowych książek. Miałem nawet z tego powodu ostrą wymianę zdań z wydawcą, ale się uparłem i wygrałem. Przegrałem jednak z ejdżystami. Bo z głupotą wygrać trudno, gdy mądrość jest w ciągłej defensywie.

Kiedyś masowo zaczęły pojawiać się „shopy”. Znaczna część półgłówków uważa, że to co zagraniczne, jest lepsze niż polskie. A więc shop musi być lepszy niż sklep. Kiedy na sklepiku, w którym zawsze robiłem zakupy, p. Kazio zmienił szyld na „shop”, przestałem do niego przychodzić. To był okres, kiedy miałem jeszcze pieniądze i byłem znaczącym klientem. Po jakimś czasie, pan Kazio zapytał, dlaczego nie robię u niego zakupów. Odpowiedziałem: – Panie Kaziu, w Anglii są shopy i sklepy. W polskim sklepie można kupić wyśmienitą polską kiełbasę, szynkę, a nawet chleb. W shopie maja wyjątkowo podłe angielskie żarcie. Wiec ja zawsze wolę pójść do polskiego sklepu, niż kupować g… za ciężko zarobione pieniądze w jakiejś szopie. I pomogło.

Następnie w Polsce zniknęły piwiarnie i pijalnie piwa. W ich miejsce pojawiły się puby. Kiedyś do piwiarni przychodziło się po pracy na kufelek, dwa, czasem więcej. Niewiele droższe piwo niż w sklepie, lało się strumieniami. W Warszawie były dwie słynne piwiarnie – Baryłka przy Marszałkowskiej i Antałek przy Grójeckiej. Piłem tam piwo z wieloma dziennikarzami i znanymi pisarzami. Piwa można było napić się i gdzie indziej, ale te piwiarnie miały swoisty klimat, folklor, którego już w Warszawie nie ma nigdzie. Teraz do pubu przychodzą tylko ludzie kulturalni: ejdżyści, różnej maści złodzieje i prostytutki, których stać na piwo po 10 zł i więcej. Puby nie są dla „motłochu”. Na pewno nie dla pisarzy i artystów – Polaków.

Nie dla motłochu są również „restauranty”, gdzie „wyższe sfery”, mogą spożyć „lunch”, wybierając w „menu” różne świństwa po zagranicznemu. Obiady bywają jeszcze w barach i gospodach, gdzie w jadłospisach królują doskonałe polskie dania. Ale tych już prawie nie ma.

Jestem ciemniakiem i nie wiem kim jest developer. W dostępnych słownikach tego wyrazu nie ma. Podejrzewam, że jest to Chazar sprzedający mieszkania za kredyty udzielane Polakom na najwyższy w świecie lichwiarski procent. Nie wiem kto to jest disk dżokej, choć wiem, że takie indywiduum występuje na dyskotekach. Kiedyś były wieczorki taneczne, a na wsiach zabawy, dziś – dyskoteki. I jest to jedyna różnica w nowomowie, z którą się zgadzam, bo na wieczorku tanecznym grała orkiestra, a uczestnicy tańczyli. Na zabawach orkiestra grała często naszą muzykę ludową, co upowszechniało piękny polski folklor. Obecnie na dyskotekach w jakimś clubie, młodzi osobnicy gatunku EJDŻI, wprowadzeni w narkotyczno – alkoholowy trans, dostają konwulsji na skutek oddziaływania ogromnego hałasu i różnokolorowych błysków świetlnych. To coś podobnego do rytualnych obrzędów ludów pierwotnych, z tą różnicą, że rytuały plemienne miały na celu budowanie jedności plemiennej i oddawania czci bogom. Natomiast obecnie, poza oddaniem czci szatanowi, można mówić jedynie o poważnych konsekwencjach zdrowotnych, do których należą: szerzenie nałogów, chorób wenerycznych, depresji, uszkodzenia słuchu, ogólny spadek sprawności psychicznej i intelektualnej i inne. Na to jednak nie mam żadnego wpływu, więc mnie to dżiówno obchodzi.

Do białej gorączki doprowadza mnie ejdżiowski, najbardziej kretyński słowotwór „SI – WI”. Kiedyś nie wiedziałem co to takiego, ale uczeni w piśmie ejdżyści, wyjaśnili mi, że chodzi tu o najzwyklejszy w świecie życiorys, który po łacnie nazywa się CURRICULUM VITAE, w skrócie CV. Jednakże jakieś betonowe łby narzuciły całej Polsce wymawianie łacińskiego skrótu z angielska: „SI – WI”! To jest dopiero kuriozum idiotyzmu. Ciekaw jestem, jak w takim razie ejdżysta wymawia łacińskie słowo CURIOSUM?

Kiedyś, przez rok usilnie poszukiwałem posady dozorcy, lub stróża nocnego w szkole, przedszkolu, albo jakiejś przychodni, bo to budżetówka i normalna umowa o pracę. Zawsze żądali „SI – WI”, a ja przynosiłem życiorys. Jak nie pasowało dyrektorce, lub jakiejś biurwie, to zmieniałem nagłówek na „autobiografia”. Podejrzewam jednak, że one nie znają znaczenia tych słów. Pracy dotychczas nie znalazłem, a przyjmowano jakiegoś półanalfabetę. Ale on chociaż napisał im „SI – WI”!

Ejdżyści nie oglądają już telewizji, tylko widzą coś na „TI – WI”. Kupują płyty „DI – WI – DI”, itd. No właśnie – a jak ejdżysta wymówi skrót „itd.”? Chyba „AJ –TI – DI” (?). Głupie łby ciężko pracują nad udziwnieniem naszego języka i nikt im w tym nie przeszkadza. A społeczeństwo przyjmuje te kretyńskie dziwolągi za dobrą monetę i małpuje. Staliśmy się społeczeństwem małp, w którym zabito indywidualizm i które naśladuje to, co niby „nowoczesne”, choć dla Narodu kompromitujące i kulturowo obce. Tylko że ewolucyjnie prymitywne małpy, potrafią bronić swojego terytorium i własności. Polacy już nie, bo dali sobie ukraść kraj, a teraz pozwalają rabować sobie własność prywatną, szczuci sądami i komornikami przez lichwiarzy i złodziejskie, chazarskie „firmy”. Teraz nie tylko pozwalają, ale uczestniczą w grabieży własnego języka!

Własności narodowej już prawie nie ma, wolnej myśli narodowej nie ma, historia jest zafałszowana, ostatnie autorytety narodowe są skrytobójczo mordowane (tzw. szabasowe samobójstwa), bite, poniżane, sądzone, wyrzucane z pracy, a ci co zostali boją się pisnąć cokolwiek z obawy o swoją rodzinę. Został tylko hymn narodowy, którego Polacy znają co najwyżej jedną zwrotkę i zwulgaryzowany, splugawiony i zaśmiecony przez ejdżystów język. To, czego nie udało się dokonać przez 150 lat zaborcom, Chazarzy za naszym przyzwoleniem zrobili przez 26 lat. Wystarczyły tylko hasełka o wolności i nowoczesności. Niestety, Polacy do wszystkiego co najgorsze, ale promowane przez żydo-masonerię i całkowicie zdemoralizowany Zachód, lgną jak muchy do g…

Niektórzy mówią, iż nie widzą żadnej różnicy między żydo-komuną, żydo-liberalizmem. A ja tam jakieś różnice widzę. Za komuny byliśmy pod władzą sowieckich Chazarów, ale w tamtych czasach władze dużo robiły dla utrzymywania polskości, a przede wszystkim poprawnej polszczyzny. Konsekwentnie rugowano z j. polskiego obce naleciałości. Pamiętam, jak jeszcze w podstawówce nauczyciele tępili niemieckie nazwy prostych narzędzi: hebel, laumbzega, mesel, raszpla itd. To dzięki tym nauczycielom nauczyliśmy się mówić: strug, włośnica, przecinak, tarnik. Tak samo obecnie, zamiast „łykend”, można się nauczyć „zapiątek”. Tylko kto tego nauczy, skoro dyrektor szkoły od nauczyciela szukającego pracy nie przyjmie życiorysu, tylko „SI – WI”?

Dyżurny Psychiatra Kraju,

Cezary Piotr Tarkowski



http://wolna-polska.pl/wiadomosci/ejdzy ... ju-2015-08



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » N sie 23, 2015 8:01 pm

Odpowiedź Dyżurnego Psychiatry Kraju na dramatyczny list Czytelnika ze Stalowej Woli



Po przeczytaniu tego listu,
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/drama ... -p-2015-08

rzuciłem pisanie satyry o „naszych” byłych prezydentach, bo mało szlag mnie nie trafił. Na wstępie proszę Czytelników o wybaczenie, jeśli użyję wulgaryzmów. Jestem pełen emocji, ponieważ tego listu nie da się czytać spokojnie.

Scyzoryk w kieszeni sam się otwiera! Sądzę, że kurewstwo wymiaru niesprawiedliwości jest znane naszym Czytelnikom. Handel dziećmi przez zorganizowane bandy w imieniu „prawa” też. Takich spraw jest w Polsce setki, ile nie tysiące. Pamiętajcie – każdego z nas może to spotkać! Dziś możecie mieć pracę , jutro nie! Dziś macie dzieci, jutro chazarska banda może je sprzedać! Bo mało chazarskim sędziom pensyjek w wysokości ministerialnych apanaży, muszą jeszcze handlować żywym towarem! No cóż, tą profesją zajmują się od zawsze.

Od czasu powstania państwa chazarskiego zajmowali się rabunkiem i porywaniem w niewolę sąsiadujących z nimi Słowian – Rusinów i Bułgarów. W XVIII i XIX w., to bydło chazarskie polowało na Murzynów w Afryce i sprzedawało ich w Ameryce, gdzie również tylko oni zajmowali się handlem niewolników. Teraz Chazarowie nazywają siebie żydami, co jest podstawą ich podstawowego kłamstwa. To bydło nie jest narodem semickim, więc niech nas nie nazywają antysemitami. To oni są największymi antysemitami i mordercami narodów semickich. Ale o tym napiszę kiedy indziej.

Zajmijmy się dziś potomkami Chazarów, którzy rozwalają nasze prawodawstwo oparte do niedawna na prawie rzymskim, albo przedstawicielami wymiaru niesprawiedliwości, którzy dokonują przestępstw naciągając istniejące prawo. Prawo złe i coraz gorsze, bo nie oparte na prawie naturalnym. Prawo, które pozwala Chazarom na wszystko. Otóż „rząd” Tuska (cały rząd) wyjechał do Izraela i tam podpisano najbardziej antypolskie porozumienia w naszej dramatycznej historii. Jednym z punktów tego „międzypaństwowego” układu jest całkowita abolicja dla wszystkich chazarskich dzikusów zamieszkujących nasz zniewolony kraj. Czyli w Polsce chazarstwo może dokonywać wszelkich przestępstw, bo polskie sądy nie mogą żyda pociągnąć do odpowiedzialności. Za żadną, nawet największą zbrodnię. Więc cóż tu dopiero jakiś handel dziećmi? Toż to tylko dobry interes!

W większości prawnicy tworzą klany rodzinne od pokoleń. Znam te sprawy bardzo dobrze, m.in. od byłego prokuratora, wspaniałego Polaka, Narodowca i Patrioty, który nie mogąc ścierpieć zbydlęcenia wymiaru niesprawiedliwości, wyjechał do Niemiec i tam pomaga prawnie polskim emigrantom z tamtejszym wymiarem niesprawiedliwości. Bo w Niemczech, choć jest dużo mniejsze kurestwo, to jednak jest. Jak w każdym kraju, gdzie do rządów dopchało się bydło antyludzkie. Mam również dokumenty wielu sprawek chazarskich, które dopiero będą ujawnione po mojej nienaturalnej śmierci. A Czytelnikom mówię: jestem z rodziny długowiecznej. Moja Mama ma skończone 93 lata i chodzi ze mną do kościoła. Głucha jak pień, czasem upierdliwa, ale dużo czyta i wie co czyta. Nie jestem tak naiwny jak bohaterski, św. pamięci pan Lepper, którego zamordowali. Oczywiście mogą mnie nękać rewizjami, ale ja znam lepiej zasady konspiracji niż ich eksperci. Na terenie Polski są tylko fotokopie. Jest to jakby gwarancja mojego bezpieczeństwa. Nagrania politykierów z podsłuchów jakie ostatnio usłyszała opinia publiczna, to pikuś do tego co zostało nagrane, sfotografowane i przez tych baranów napisane.
Dla przykładu, opublikowałem dn. 16 listopada 1998r. w „Trybunie” artykuł pt.” Skuteczni, choć nie uczciwi” z fakturą na druk ulotek wyborczych z kasy gminy Ursus przez miejscowych kacyków w tym byłego burmistrza. Nie mogłem opublikować tego artykułu gdzie indziej, bo złodzieje należeli do ZCHN. Jednak w „Trybunie” nie tak łatwo puścić artykuł komuś z zewnątrz. Musiałem na kogoś się powołać. A ponieważ znałem trochę żydów z górnej półki, to oświadczyłem, że znam Jaskiernię, Millera (ten żydem nie jest, tylko dla nich pracuje) i rodzinę Wiatrów, którzy byli dobrze osadzeni w SLD i mogą o mnie poświadczyć. No, takie znajomości wystarczyły, więc red. Rolicki bez problemu na publikację się zgodził. Zrobiła się z tego niesamowita chryja, bo po ukazaniu się artykułu, zadzwonił do mnie red. Frydrychowicz i wrzeszczy tak: – „Coś pan kurwa narobił! Wpierdoliłeś nas pan na mukę! Wiesz pan gdzie oni drukowali te ulotki!?” Ponieważ nie tak łatwo mnie czymś zaskoczyć odpowiedziałem z udawanym strachem: – Panie redaktorze, Na Boga (!) – nie wiem…

-Panie, oni drukowali u naszego człowieka w Michałowicach! (To miejscowość w bliskim sąsiedztwie Ursusa).

-A kim on jest, jeśli to „nasz” człowiek? W okolicy znam wszystkich – skłamałem.

-To były pułkownik SB (może WSI – nie pamiętam) – ryknął Frydrychowicz.

– No tak lukratywnych znajomości to ja nie mam – odpowiedziałem.

– Musisz pan napisać sprostowanie!

-Pocałujcie mnie towarzyszu w dupę! – zakończyłem rozmowę tak, jak winno odpowiedzieć się towarzyszowi.

Powróćmy jednak do klanów prawniczych. Oczywiście nie wszyscy należą do klanów, ale większość tak. Tatuś albo dziadziuś wysyłał Żołnierzy Wyklętych na śmierć, dziś w „demokratycznym” państwie, następcy wyrażają swoją nienawiść do Polaków inaczej. A o przykładach tej bezgranicznej nienawiści trzeba pisać stale, mimo, że odwracają kota ogonem i wymyślili artykuł niby prawny „o sianiu nienawiści”. Ale, ale – o handlu polskimi dziećmi przez żydowskie gangi w sądach, opowiada matka Michała Boniego w książce napisanej przez p. Albina Siwaka pt. „Chciałbym dożyć takich dni”. Tam to jest opisane jak żydostwo handluje dziećmi w Warszawie. A więc to nie jest proceder uprawiany tylko w Stalowej Woli. Gdzie w sądzie żyd, a nie ma takiego sądu gdzie by tego tałatajstwa nie było, tam handel dziećmi.

Trzeba czytać literaturę, np. „Zatrute źródło masonerii” autorstwa ks. Tadeusza Kiersztyna. Tam też jest o handlu dziećmi, a nawet ich porwaniach, aby ludzkie śmieci mogły dokonywać na nich mordów rytualnych. Polska nie jest wyjątkiem, ale w Ameryce znika bez śladu ok. 100 000 osób, szczególnie dzieci. No cóż, „nasze” sądy muszą iść z postępem! Ktoś w imieniu „prawa” musi dzieci porywać i sprzedawać do różnych celów. Takim handlarzom należy robić zdjęcia i ustalać ich miejsce zamieszkania.

Tutaj chciałbym tylko dodać, że ks. Kiersztyna za niesienie prawdy bydlaki zamordowali. Tym razem była to ciężarówka, najbardziej wygodny instrument zabijania. Bo nawet jeśli człowiek nie zginie od razu, to można podać pawulon, albo dobić w szpitalu.

Dość długi ten tekst, bo mogłem wysłać tylko radę. Nie odpowiedź, a radę. No bo przecież mamy nowego prezydenta! Do niego trzeba wysłać list. Nie tylko w tej sprawie! Ale cóż, można wysłać, ale odpowiedź już znam. Zobaczycie jak on będzie działał w obronie Polaków. O nieszczęśni – mieliście nadzieję na zmiany. Ale cóż, nadzieja umiera ostatnia. Ja w każdym razie (mimo wszystko) życzę naszemu Czytelnikowi odzyskania dzieci. Szczęść Boże!

Cezary Piotr Tarkowski

Dyżurny Psychiatra Kraju

Jeszcze pragnę przekazać swoim Czytelnikom, że nie jestem w stanie odpowiadać wszystkim, kto do mnie napisze na Facebooku, bo po pierwsze nie potrafię się tam poruszać, a po drugie powinienem pisać artykuły. Mam też inne obowiązki. Jeśli ktoś naprawdę potrzebuje do mnie napisać, to w redakcji jest mój adres mailowy. Pozdrawiam, Cezary




http://wolna-polska.pl/wiadomosci/odpow ... li-2015-08


-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt sie 25, 2015 3:53 pm

Spowiedź Michnika.


Obrazek


Opluwanie patriotów, wymyślanie paszkwili na najzacniejszych synów narodu polskiego, sianie intryg i patologiczna nienawiść do Polaków, zabiera bardzo dużo życiowej energii. Do tego ciągły ból kiepełe o stałe powiększanie majątku, palenie papierosów i zalewanie kombinatorskiej, chazarskiej pały pejsachówką, przyczynia się do powstawania wielu groźnych chorób. A te atakują wszystkich sprawiedliwie: mądrych i głupich, biednych i bogatych, obrzezanych i nie obrzezanych.

Co prawda żydzi uważają, że jest to wielka niesprawiedliwość, ba okropny antysemityzm to jest, więc ubliżają naszemu Panu Bogu ile wlezie. A swoim bogiem usiłują manipulować przy pomocy kabały, czarnej magii, zabójstw rytualnych itd., itp.

Żydzi rzadko chodzą do synagogi, która jest miejscem pobierania instrukcji od rabina i spotkań towarzyskich. Natomiast uprawianiem kabały zajmują się na co dzień. Ta mistyczna łączność z lucyferem i całą plejadą demonów, jest gwarancją robienia dobrego interesu i szkodzenia Gojom. Staje się jednak bezradna wobec jedynego prawdziwego Pana Boga. Żyd musi umrzeć i basta. Taka jest Boża, (nie żydowska) demokracja.

Trudy żywota wykończyły odporność organizmu sterowanego jadowitym antypolonizmem Michnika i zachorował na raka płuca. Płuco należy przeszczepić. Ale trzeba najpierw znaleźć odpowiedniego dawcę, Goja oczywiście, co okazało się niezwykle trudne. Podobny genotyp można znaleźć jedynie w niekoszernych jatkach. Czas nagli, a tu znalezienie dawcy się przeciąga. Do poszukiwań zatrudniono służby medyczne wielu krajów, a nawet Mossad, KGB i CIA. Dawcy ciągle nie ma, a stan pacjenta ciągle się pogarsza z tygodnia na tydzień.

No więc Adaś leży sobie w prywatnej klinice w Szwajcarii, oddycha tlenem, a strach koło tyłka kręci się coraz większy. Ale kombinuje: Rabin mówi, że Jahwe gdzieś jest, ale nikt nie wie gdzie. Jahwe ma moc sprawczą, więc kategorycznie żądamy, aby nam dawał wiele ładnych i chętnych kobit, dużo szmalu, złota i byśmy robili same dobre interesy. Naród chazarski jest mesjaszem, żydzi są dziećmi Jahwe, a więc są bogami. To ja się pytam – Jeżeli żydzi są bogami, to dlaczego przenoszą się na łono Abrahama? Dlaczego po śmierci nic się nie dzieje, tylko żyda jedzą białe, ruchliwe, obleśne robale? A może, jak mówią głupie Goje coś jest, to znaczy jest Niebo i piekło? Aj, waj – iść do piekła, to nie dobry interes jest. Dobry interes, to jak ja pójdę do Nieba! W końcu jakieś 35 lat temu, to ja się okściłem! To chyba nie po to, aby nie mieć z kśtu dobry interes?!

Zgodnie z żydowską kalkulacją, żeby pójść do Nieba, wystarczy się wyspowiadać, kupić rozgrzeszenie i bilet do Nieba pewny jak w banku. Michnik chciałby wziąć na spowiednika swojego kumpla Życińskiego, ale ten smaży się od dawna w piekle. Księdza Czajkowskiego mu odradzono za względu na konfidencką przeszłość, Pieronek ma konszachty z diabłem, a ks. red. Boniecki nie wierzy w piekło. W Niebo zresztą też nie. W końcu wysłano umyślnego do Polski, aby natychmiast przywieziono jakiegoś biskupa. Oczywiście żyda i masona, a takiego w Episkopacie znaleźć łatwiej niż kropidło. Problem tylko finansowy – ile będzie kosztowało rozgrzeszenie? Ile można utargować?

Biskup przyjechał natychmiast. Targi nie trwały długo, bo w końcu i tak Goje zapłacą Kupując „Szmatławiec Koszerny”.



Biskup: – Szalom!

Michnik: – Szalom, przyjacielu!

B.:- Zrobiłeś rachunek sumienia?

M.:- A co to jest sumienie?

B.:- No tak, dobry żyd nie ma sumienia. – A znasz procedurę spowiedzi? Wiesz w ogóle, co to jest grzech?

M.:- Jasne, grzech jest wtedy, kiedy jest okazja oszukać albo okraść Goja i się tego nie zrobi! (Tu po raz pierwszy od wielu tygodni Michnik rozpromienił się, będąc pewnym swojej wypowiedzi. Wszak każdy żyd uczony jest takiego postępowania od czasu, kiedy zaczyna odróżniać kupkę od kaszki z mleczkiem).

B.:- Aaron, masz rację. Ale ty zrozum jedno – że u Katolików jest wszystko odwrotnie. To co dla żyda jest dobre, dla Katolika jest grzechem. – Znasz Dziesięcioro Przykazań Bożych?

M.:- Znam, bo kiedyś kardynał Finkelstein, ten długi z Krakowa, co to przekręcił się na anoreksję, dał mi taką małą książeczkę, to se przeczytałem.

B.:- Powiedz Aaron, czego nie zrobiłeś co tam jest napisane?

M.:- Nie pożądałem żony bliźniego swego!

B.:- Jak to?

M.:- Ja je brałem!

B.:- No tak. A jeżeli mowa o pożądaniu, to X przykazanie mówi też o pożądaniu rzeczy bliźniego. – Pożądałeś?

M.:- Nie, też brałem. – A co my tak jedziemy od końca?

B.: – Bo tak jest po naszemu. A ty Torę jak byś czytał? Od początku? Ale mamy przykazanie VIII – „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Ile razy mówiłeś fałszywe świadectwo?

M.:- Ani razu…

B.:- Co??? Przecież w każdej twojej gazecie aż roi się od fałszywych świadectw przeciw bliźnim. – A nie pamiętasz jak szkalowałeś na ks. Jankowskiego, albo Leppera? Wciąż szkalujesz Polaków o współpracę z nazistami w holokauście, rozdmuchałeś kłamstwo o Jedwabnem, o rzekomym pogromie kieleckim, który był zresztą naszą prowokacją. Kłamiesz o rzekomych krzywdach jakie Polacy wyrządzili Ukraińcom, marginalizując niesłychane zbrodnie Ukraińców na Polakach, choć naszym też się dostało! Szkalujesz wszystkich, którzy występują w obronie polskiej racji stanu!

M.:- To nie są moi bliźni!

B.:- Dobrze, pytam czy szkalowałeś?

M.:- No szkalowałem, ale przecież robię to w naszym interesie. Dostałem nawet Order Orła Białego i to od samego Shoguna!

B.:- To ciebie rozgrzesza. Chodziło o to, abyś się przyznał i mamy to z głowy. Przykazanie VII i VI pomijam, bo tu każdy żyd wykorzysta okazję. No to mamy półmetek. Przykazanie V…

M.:- Nikogo nie zabiłem!

B.:- Taaak? – Może własnymi łapskami to nie, ale publicznie namawiałeś do aborcji miliony Polek, a także zaciekle walczysz na łamach swojej gadzinówki o zmianę ustawy aborcyjnej, o ustawę in vitro. Tak, w sumie jesteś pośrednim sprawcą kilkuset tysięcy zabójstw nienarodzonych dzieci. Niezły holokauścik! Do tego reklamujesz środki wczesnoporonne, propagujesz ludobójstwo i pedalizm, doprowadzając do większej ilości zgonów niż urodzeń, do wymierania narodu polskiego!

M.:- Ale to nie ludzie, to Goje są!

B.:- No dobrze. Prowadzimy wojnę z Gojami, a na wojnie się zabija. Podciągniemy to pod obronę konieczną! Przykazanie IV pominiemy. Wiem, że czciłeś tate bolszewika, mame – fałszerkę historii i jeszcze brata zbrodniarza. To się chwali! Przykazanie III też pomijam, bo wiem, że gorliwie obchodzisz szabat i studiujesz Talmud w jarmułce.

M.:- A ja nie rozumiem drugiego przykazania!

B.:- Ja też nie! – A przykazanie pierwsze rozumiesz?

M.:- Pewnie! Wierzę tylko w Baphometa i święty pentagram!

B.:- Ja też. Rozgrzeszenie załatwione. Gdzie kasa?

M.: – Ile?!

B.:- bańka…

M.:- Mój sekretarz ci wypłaci, ale powiedz, żeby przyszedł do mnie!

B.:- Szalom, och szalom!

Sekretarz:- Wzywałeś mnie – rebe?

M.:- Tak. Macie obsmarować tyłek biskupowi w „Wyborczej” tak, żeby się nie pozbierał.

S.:- A co, rozgrzeszenia nie udzielił?

M.:- Udzielił, ale za jaki szmal! Napiszcie, że biskup udziela rozgrzeszenia za milion szekli. Dopóki nie będę miał dawcy, będę mówił prawdę.

S.:- Szefie, ale to żyd!

M.:- Rywin też żyd, a wsadziłem go do pierdla. Uczciwym trza być!

Jako Dyżurny Psychiatra Kraju, obserwuję wszystko jakby z góry. Tak, jestem związany w śmigłowcu. Siedzi tu jeszcze trzech pejsatych osiłków z Mosadu. Jeden z drabów, przekrzykując warkot silnika, zwraca się do mnie: – Mamy cię konowale, antysemito jeden! Masz podobne geny do Michnika. Przeszczepią mu twoje płuco!

Zacząłem się strasznie szamotać i…obudziłem się zlany potem. Za oknem wyje kosiarka i dwóch facetów przekrzykuje to wycie. Kurde, to tylko sen. Ale jaki realistyczny i zarazem straszny. Nie przeraziła mnie utrata płuca, a nawet życia, co genotyp podobny do Michnika. Horror. Prawdziwy horror.

No, ale sny czasem niosą jakieś przesłanie. Na wszelki wypadek szybko pobiegłem do spowiedzi.

Cezary Piotr Tarkowski

Dyżurny Psychiatra Kraju





http://wolna-polska.pl/wiadomosci/spowi ... ju-2015-08


-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt wrz 08, 2015 5:29 pm


Autobus i minister.


Ursus. Kiedyś bogate miasto graniczące z Warszawą, dumne ze swojej ogromnej fabryki traktorów eksportowanych do 56 krajów świata. W najlepszych czasach ciągnik schodził z taśmy co kilkadziesiąt sekund. Polski rolnik, jeśli nie zapłacił łapówki, czekał na przydział traktora kilka lat. Ze względu na ciągły wzrost zapotrzebowania, fabrykę rozbudowywano. Wszystko do czasu.


Obrazek



Kiedy w ramach tzw. planu Balcerowicza żydostwo zaczęło totalnie likwidować polski przemysł nie oszczędzono i Ursusa. Piękną, nowoczesną fabrykę zamordowano. To tak w skrócie.

Dziś cały teren wygląda jak po nalocie dywanowym. Ursus z wielkoprzemysłowego miasta zszedł do roli sypialni Warszawy. Owszem, buduje się tu kilka bloków rocznie, gdzie mieszkania latami stoją puste, bo ceny tych lokali są jak na Manhattanie, a zarobki znacznie poniżej tych w Zimbabwe. Dlatego ci, którzy mieszkania mają, zadłużyli się w żydowskich bankach na całe życie, posprzedawali samochody i muszą dojeżdżać do innych dzielnic autobusami, bo w Ursusie zarobić można, ale tylko w mordę.

Rano na przystanku tłum. Ludzie przestępują z nogi na nogę i niecierpliwie spoglądając na zegarki w telefonach, wyglądają autobusu. Niektórzy ukradkiem palą papierosa rozglądając się bacznie czy na horyzoncie nie widać radiowozu. Rząd w trosce o zdrowie narodu wprowadził zakaz palenia w miejscach publicznych. Nie każdy o tym wie, ale palenie na przystankach jest bardzo poważnym wykroczeniem zagrożonym mandatem do 500 zł. Rząd pozwala jeszcze zaciągać się chmurami czarnego dymu z rur wydechowych starych, rozklekotanych pojazdów. Do tego stale oddychamy pyłami metali ciężkich i innych trucizn zrzucanych z samolotów (chemtrails), o czym rząd udaje że nie wie.

Autobus się spóźnia. Ludzie się niecierpliwią, gdyż nikt nie chce się spóźnić do roboty. Bo autobusem jeździ się do szkoły albo do roboty. Ci, którzy mają jakąkolwiek pracę, to szczęściarze. Są eksploatowani jak w żydowskich i niemieckich fabrykach dziewiętnastowiecznej Łodzi, ale pracują. Tylko to się liczy. Zapomnieli już o wczasach i koloniach dla dzieci. Oby tylko wystarczyło na opłaty. Ci starsi niegdyś walczyli z komuną. Strajkowali, śpiewali z rozcapierzonymi paluchami w kościołach. Dziś wypominają sobie jacy byli głupi, jak dali się oszukać chazarskim łotrom. Teraz ich smutne oczy, osadzone w zmęczonych, ponurych twarzach, wypatrują autobusu. Niektórzy miętoszą przed chwilą kupioną gazetę. Często „Koszerną” – największy ogłupiacz gojowskich umysłów.

Wreszcie zza zakrętu wynurza się stary solaris. Tłum wpada do środka. Szczęśliwcy, którym udało się usiąść, zatapiają oczy w lekturze plugawego szmatławca. Przeglądają kretyńskie reklamy, śledzą program zażydzonej telewizji, czytają antypolskie artykuły.

Z każdym przystankiem ścisk w autobusie wzrasta. Zaduch, smród. Jakaś kobieta stanęła facetowi na palcach. Poszła wiącha, potem druga. Baba zamiast przeprosić – pyskuje. Za chwilę w pracy, cała w ukłonach, będzie się kajać przed swoim szefem – Chazarem, gotowa na wszystko. Dosłownie. Byleby tylko dalej pracować.

Ale oto autobus zaraz wyjedzie z Ursusa. Tu mija ostatnie elementy jeszcze polskiej własności i krajobrazu: stara osiemnastowieczna kapliczka, kilka domków jednorodzinnych, resztki kwitnących niegdyś ogrodów, jakieś rozbite szklarnie. Dalej cmentarz, jedno z niewielu miejsc do którego Chazarzy nie wnoszą pretensji, że stoi na ich gruncie. Dalej ostatni polski sklepik, zajezdnia autobusowa i na tym Polska się kończy.

Autobus zatrzymuje się w pobliżu Wyższej Szkoły Marketingu i Zarządzania. Student o słowiańskiej urodzie, z nosem zadartym ku górze, wyskakuje z solarisa i biegnie na zajęcia. Biedny chłopak. Myśli, że kiedyś zostanie dyrektorem i będzie zarządzał. Z takim nosem, to w Polsce można zarządzać tylko miotłą albo łopatą. Tym bardziej, że twoi rodzice wybierają Chazarów lub zwykłych złodziei do władz państwowych – pomyślałem.

Żeby „w tym kraju zarządzać”, to trzeba jedną część ciała mieć, a innej bezwzględnie nie posiadać. Trzeba mieć nochal jak hak na świńskie ścierwo i zdecydowanie pozbyć się napletka. Ale już mieć tatusia lub dziadka (brat lub wujek też wystarczy), który po pachy unurzał ręce w krwi Polaków działając w NKWD lub UB, to jest przepustka do naprawdę wielkiej kariery. Autobus rusza i skręca w Al. Jerozolimskie. Tu zaczyna się inny świat. Od peryferii miasta, aż do Wisły, ok. 10km, po obu stronach jednej z głównych arterii niegdyś polskiego miasta – geszefty. Od ul. Łopuszańskiej, aż do Dworca Zachodniego ani jednej polskiej firmy. Och pardon, jest jedna polska instytucja i to jeszcze nie sprywatyzowana. To Jednostka Prewencji Policji – byłe ZOMO – banda ogłupionych Gojów używana do rozpędzania tłumu niepokornych Gojów.

Następny przystanek. Stąd blisko do trzech ogromnych hipermarketów. Tu wysiada kilkanaście kobiet, które pędzą na szychtę do swoich obozów pracy. Wpadają kanary. Wszyscy mają bilety za wyjątkiem jednego bezdomnego. Na następnym przystanku wywlekają go z autobusu i biją. Piąchami. Tak postępuje Polak z Polakiem!

Autobus wjeżdża do Śródmieścia. Za oknami solarisa nowe banki, ogromne biurowce i hotele połyskujące granitem, lśniące marmurami. Na parterach sklepy dostępne tylko dla demonów władzy i innych złodziei. Chazarskie geszefty rozrastają się nieprawdopodobnie szybko. Pączkują. Wystrzelają wieżowcami w chmury. Jakże egzotycznie w tym krajobrazie wyglądają tabliczki z nazwą głównej ulicy miasta na peryferiach EUROKIBUCU: Aleje Jerozolimskie. Ta ulica, to przecież YERUSHALAYIM – STRASSE! A stary autobus przy tych granitach i marmurach wygląda jakby wjechał ze Strefy Gazy do Jerozolimy.

Pasażerowie autobusu w milczeniu podziwiają chazarskie bogactwo żując gumę. To świat niby na wyciągnięcie ręki, ale dla nich niedostępny, nieosiągalny jak wnętrza luksusowych apartamentów z amerykańskich seriali. Stąd ta masowa obsesja przejawiająca się w żuciu gumy. Prawie wszyscy żują. Nawet babcia posiadająca jeszcze trzy zęby, miarowo rusza gębą. Oto choroba społeczna, przywleczona od sfrustrowanych amerykańskich kołtunów.

Żujące gęby są bardziej kretyńskie niż w rzeczywistości. Ale każdy gołodupiec chce wyglądać jak przygłupi Amerykanin, żreć jak Amerykanin i głosować na Amerykanin. Bo co z tego, że w Polsce łamie się Prawa Człowieka, szczególnie Pakt Praw Gospodarczych i Kulturalnych? Mamy przecież wolność i demokrację! O polska głupoto, o biedni i ślepi ludzie…

– Gdzie wy macie tę wolność? Przecież Prawa Społeczno – Ekonomiczne Obywatela są tak samo deptane, jak były deptane Prawa Polityczne Obywatela w okresie stalinizmu! Sejm uchwala ustawy, które funkcjonują wybiórczo, a czasem wcale. Urzędnicy państwowi, albo sądy interpretują sobie ustawy jak chcą i nie ma na to siły. Dżungla. Miała być druga Japonia, później Irlandia, a mamy jakąś republikę bananową. Jeszcze ze dwie powodzie, jedna susza i będzie Haiti.

Autobus dojeżdża do Centrum. Staje w korku. Obok zatrzymuje się rządowa limuzyna. Kierowca w dobrze skrojonym garniturze, obok góra mięcha z pistoletem wielkości armaty. To ochroniarz z BOR-u. Wiozą ministra Kopaczki do przytulnego gabinetu. Bezpiecznie, wygodnie. Stłoczeni wyrobnicy z zazdrością spoglądają na członka rządu. Członek lekceważąco, z pogardą patrzy w twarze pasażerów autobusu.

– Wglądają jak przeżuwające krowy – służalczo wybąknął BOR-owik.

– Tyko bez koryta – zauważył kierowca.

– Co się nabijacie z obrońców krzyża! Niby skarcił ich minister.

– Ha, ha, ha! – śmieją się już wszyscy.

Oto Goje, żujące bydło robocze. To elektorat.

To mój elektorat – pomyślał z najwyższą odrazą dygnitarz, wykrzywiając pogardliwie chazarską mordę.

-Wacek, wyrwij się z tego korka, bo nie zdążę na wczorajszą rozmowę odnośnie pomocy dla Ukrainy, jaką miałem w telewizji. Muszę siebie zobaczyć i przeanalizować jak wypadłem – warknął minister. A poza tym mam kaca, a tam w lodóweczce chłodzi się irlandzkie piwko!

Kierowca postawił na dachu auta koguta i z piskiem opon wyjechał na chodnik. Piesi z trwogą uciekali na boki. Później opancerzoną limuzynę wcisnął na tory tramwajowe i za kilka chwil zniknął w bramie ministerstwa. Dostojnik państwowy zdążył, by punktualnie piastować urząd i podejmować decyzje. Nie ważne jakie. I tak za nic nie odpowiada. Byleby się kręcił interes. Własny interes. A w jesiennych wyborach i tak przejdzie. Jest tego pewien. I ja jestem pewien, o czym zapewnia Was, drodzy Czytelnicy.

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/autob ... ju-2015-09



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Pn lis 02, 2015 5:31 pm

Krzyż.



Obrazek


Kiedyś była tu niezbyt szeroka szosa z Pruszkowa do Warszawy. Czasem przejechała furmanka, czasami przemknął samochód. Ale częściej spotykano zające uganiające się po polach kalafiorów, marchwi i kapusty, z rzadka tylko poprzecinanych łanami złocistych zbóż. Szaraki miały tu przysmaków w bród.

Choć w oddali widać było Warszawę z górującym nad nią Pałacem Kultury, to cisza była tu i spokój. Nad polami uwijały się pszczoły zbierające nektar, w powietrzu leciutko unosiły się setki kolorowych motyli, a w krzewach bzów, dzikich róż i kępach olszyny śpiewały ptaki. Właśnie te zielone wyspy wolno rosnących drzew i krzewów były mekką wagarowiczów i par zakochanych. I ja tu przychodziłem ze swoją dziewczyną na długie spacery. Aby dotrzeć do tego raju, przechodziliśmy z Irenką obok stacji końcowej kolejki WKD we Włochach i brukowaną ulicą dochodziło się do szosy pruszkowskiej. Tu było skrzyżowanie. Dalej w kierunku Rakowa bruk przechodził w polną drogę. Systemem dróg gruntowych, po których z rzadka tylko przejeżdżał skrzypiący konny wóz, można było dotrzeć do Szczęśliwic, albo idąc w przeciwnym kierunku do Okęcia lub Opaczy. Ale zatrzymajmy się na skrzyżowaniu. Tu w niewielkiej odległości od szosy, stał krzyż. Wielki – jak nam się wydawało – poszarzały już ze starości drewniany krzyż. Stał majestatycznie, górując nad wszystkim dookoła, sławiąc chwałę Chrystusa.

To były czasy mrocznej komuny, kreującej materializm jako podstawę wszelkich przejawów rzeczywistości. A mimo to prawie wszyscy przejeżdżający tamtędy żegnali się pobożnie. Każdy, kto przechodził w pobliżu, zdejmował czapkę z uszanowaniem. I nam przypominał o grzechu cudzołóstwa, dlatego spacer zostawał tylko spacerem, aczkolwiek święci nie byliśmy, o nie.

Kiedyś spotkaliśmy przy krzyżu staruszkę zmieniającą kwiaty w glinianym wazonie. Zapytałem, ile ten krzyż ma lat. I choć pamiętała go od dzieciństwa, nie potrafiła odpowiedzieć. Na zakończenie rozmowy powiedziała tylko: stary już jest i widział tutaj niejedno!

O tak. Obok tego krzyża, już 8 września 1939 roku zaczęły gromadzić się zagony 10 armii niemieckiej, by następnego dnia uderzyć na Warszawę. W tym ataku hitlerowcy ponieśli klęskę. Czołgi, którym udało się wedrzeć na ul. Grójecką, już stamtąd nie wracały.

W pięć lat później szosą obok krzyża pędzono kolumny warszawiaków do obozu w Pruszkowie. Ileż nadziei dawał ten samotny krzyż wynędzniałym, głodnym i rannym ludziom z ruin powstańczej Warszawy? Bo on stał niczym nie zwyciężony, bohaterski generał na naszym polskim szańcu z rozpostartymi ramionami, jakby chciał objąć, utulić i dodać otuchy każdemu z tysięcy warszawiaków idących na poniewierkę, w nieznane jutro.

Później, aż do zimy 1945 roku snuły się dymy zmieszane z jesiennymi mgłami wokół starego krzyża, skąd rozpościerał się widok umierającej stolicy. Aż przyszedł czas, kiedy resztki germańskich barbarzyńców pierzchały w popłochu szosą do Pruszkowa i dalej, skąd przyszli.

Mijały lata. Szosę pruszkowską przebudowano w dwupasmową jezdnię, stanowiącą przedłużenie Alei Jerozolimskich. W latach dziewięćdziesiątych rejony po obu stronach jezdni zabudowano. Kiedyś tereny te należały do polskich rolników czy badylarzy – jak ich tutaj nazywano. Dzisiaj właścicielami stają się obce koncerny. Nowe geszefty powstają jak grzyby po deszczu. Jadąc od granicy Warszawy, aż do Dworca Zachodniego nie ma już nic polskiego. No, za wyjątkiem Jednostki Prewencji Policji, która może posłużyć do rozpędzenia demonstracji przeciwko przejmowaniu Polski przez obcych.

Rok dwutysięczny. Krzyż już nie góruje nad okolicą. Niknie w tle zagranicznego biurowca, wyglądając jak dwa krzyżujące się patyczki. Zdawałoby się, że jest kruchy wobec potęgi ludzkiej myśli technicznej i pieniądza. I znowu wokół krzyża snują się dymy. To smog z tysięcy rur wydechowych jadących Alejami samochodów, wymieszany z jesienną mgłą. W bezpośredniej bliskości krzyża wybudowano aż cztery super czy hiper markety. Do jednego z nich trzeba przejść obok krzyża, który niejedno już widział. Codziennie tysiące ludzi maszeruje obok po zakupy. Wracają tą samą drogą obładowani siatami. W niedzielę tłumy są większe, gdyż ludzie przyjeżdżają tu całymi rodzinami. Lecz krzyża nie dostrzegał już prawie nikt.

Mamy rok 2015. W przeddzień Wszystkich Świętych niekończący się potok ludzki obładowany torbami wiktuałów, zgrzewkami piwa. Nowi warszawiacy będą świętować!

Zapaliłem lampkę pod starym krzyżem, z którym jestem związany emocjonalnie. Zmarzłem solidnie długo obserwując nowoczesnych Polaków. Nikt nie zdjął czapki z uszanowaniem. Nikt się nie przeżegnał. A przecież każdy chciałby mieć krzyż w miejscu swojego pochówku. Może mniejszy, ale zawsze. Czy tylko po to, aby mówił: – Przechodniu, tu spoczywa katolik?

Stary weteran, poszarzały krzyż stoi nadal na swoim szańcu i jak generał rozkazuje: – Polaku, zatrzymaj się. Pomyśl chwilę! Ale czy ktoś go usłyszy?

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski


http://wolna-polska.pl/wiadomosci/krzyz ... ki-2015-11


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------




------------------------------------------Obrazek







-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Cz lis 12, 2015 6:30 am

Pierwsza książka anty- gender (ważne i optymistyczne)

Już jest! Jest u nas w Polsce, jako pierwsza na świecie. „Bajki cz. 1- obce ideologii gender”– taki ma tytuł. Powstała dzięki Patriotom, Czytelnikom „Wolnej Polski”, jako cios w garbatego nochala satanistycznej ideologii. Ideologii, którą świat przyjmuje z pokorą jako coś nieuchronnego. Jak kometę, która pędzi w kierunku Ziemi i wiadomo, że musi w nią uderzyć. Ludzie wierzą, iż musi nastąpić kataklizm, w tym przypadku kataklizm satanizmu. Ale w to wierzą tylko ci którzy stracili wiarę w nauki Jezusa Chrystusa, albo nadzieję. A jedno z drugim jest ściśle powiązane. Dopóki jest wiara, jest zawsze nadzieja.



----------------------------Obrazek



Jak się okazuje, niektórym kataklizmom z pomocą Boską zapobiec można. Niech Kazimiera Szczuka, profesor gender, oraz inni prekursorzy „nowoczesności” uczą masturbacji i pedalizmu przedszkolaków i uczniów w Izraelu, a od naszych polskich dzieciątek – won! W Polsce nie będzie chłopczynek, tylko jak było zawsze od zarania, od początku gatunku ludzkiego: były są i będą chłopcy i dziewczynki. Pan Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, nie zaś babochłopa!

Ideologia gender zakradała się po cichu, na palcach i wlazła do naszego polskiego domu przez lekko uchylone drzwi. Teraz, jak wszystko co żydowskie zaczyna się coraz bardziej panoszyć, jest coraz głośniejsza, a już niebawem stanie się wrzaskliwa.

Nasz polski dom słynie z wielowiekowej tolerancji i gościnności. Ale jesteśmy także Narodem katolickim. Dlatego obcym, satanistycznym ideologiom, mówimy stanowczo – NIE! Jeśli do naszego domu zakradł się złodziej, lichwiarz, kłamca, cham i satanista, to musimy mu powiedzieć: Albo przyjmujesz nasze normy obyczajowe i kulturowe, albo won, skąd się przybłąkałeś!

Dziś chciałby podziękować wszystkim Ofiarodawcom za wpłaty na naszą piękną książeczkę. Trudno wymienić wszystkich Polaków, Patriotów wielkiego serca bijącego dla naszej umęczonej Ojczyzny, bo jest to kilkadziesiąt osób. Niektórzy to zapewne biedni emeryci, którym nie jest obojętne wychowanie przyszłych pokoleń na ludzi NORMALNYCH i oddanych Polsce, których kiedy zapytasz- jaki znak twój?- odpowie: – orzeł biały! Chwała Wam Patriotom za to i moje serdeczne dzięki, a także gratulacje. Bo ta książka i całe dzieło jej tworzenia, to Wasza zasługa.

Dotychczas wysłałem każdemu z Ofiarodawców książki z dedykacjami, które wydano mi wcześniej. Niektórym, bardziej hojnym, wysyłałem całe paczki i to dwu-trzykrotnie. Teraz każdy z Ofiarodawców otrzyma jeszcze co najmniej 1 książeczkę, bo wszyscy jesteśmy właścicielami nakładu liczącego 3 tys. sztuk. Pragnę dodać, że każdemu na jego prośbę mogę przesłać fotokopię faktury za druk, bo za skład i ilustracje faktury jeszcze nie mam, ale wkrótce otrzymam. W każdym razie druk kosztował 7 078.59 zł, a skład 600zł. Koszt ilustracji, to 5 000zł, ale jeszcze się targuję, bo są robione ilustracje do następnej książki. Wszystko skrupulatnie księguję, by ktoś mi nie zarzucił, że odniosłem jakąś korzyść. Ponadto mój adres nie jest tajemnicą, każdy z Czytelników może mnie odwiedzić, zobaczyć jak żyję. A żyję na pograniczu nędzy, bo nie jest bogaty ten, kto dużo ma. Bogaty jest ktoś, komu wystarcza. A mnie wystarcza i nie mam wysokich ambicji finansowych. Za stary jestem, by to się zmieniło. Pan Sebastian Lewowicki i Daniel Warecki przywieźli mi kiedyś pół samochodu jedzenia. Dzięki nim nie chodzę głodny do dziś. Na razie największą korzyścią i to bezcenną, jest satysfakcja, że od naszego uderzenia pospadały jarmułki i wyprostowało się kilka haczykowatych nochali. Kończąc ten wątek, proszę o cierpliwe oczekiwanie na książeczki, ponieważ wpisywanie dedykacji, pakowanie i adresowanie zabiera dużo czasu. Wysyłki są dość kosztowne, a mnie po uregulowaniu opłaty za druk zostało nie wiele pieniążków.

Pragnę również poinformować, że już w przyszłym tygodniu przekażę dużą ilość książek p. Radosławowi Millerowi, również Ofiarodawcy, który pracuje we Lwowie i tam przekaże książeczki do polskich przedszkoli, oraz innym polskim dzieciaczkom. Część książeczek pojedzie do Wilna i na Białoruś, dzięki kontaktom wspaniałego Patrioty z Podlasia, p. Adama Woroneckiego. Jest niewielki problem, aby przesłać książeczki do Kazachstanu, ale z tym też sobie poradzimy. Tam w polskich ośrodkach znają moje książki, będę musiał tylko odnowić kontakty.

Szanowni Państwo, byłem za wschodnią granicą nie raz. Trudno sobie wyobrazić jak wielka rodzi się radość w sercu, kiedy w Taszkiencie czy Samarkandzie słyszy się polską mowę. A jeszcze większa jest radość, kiedy się słyszy szczebiot dziecka w najczystszej polszczyźnie. Tam jest bieda, ale największy głód jaki tam dokucza Polakom, to głód polskiej książki. Dlatego nie będziemy tych książek żałować. U nas nie raz zdarzyło się, że dałem książkę kilkuletniemu dziecku, a ono obejrzało obrazki i bez żadnego zainteresowania rzuciło tomik w kąt. No cóż, jeśli rodzice nie czytają książek i się nimi w ogóle nie interesują, trudno wymagać od dzieci. Takie osoby za książeczkę będą musiały niestety zapłacić. Natomiast na Wschodzie polska książka jest szanowana jak relikwia. Tam się polskie książki czyta. Każda jest pożyczana innym Polakom, którzy ją czytają dotąd, aż się rozpadnie. Nie ma co liczyć na rządy w Warszawie, bo ci patrzą, aby jak najwięcej nakraść, a nie będą przejmować się jakimiś Polakami ze Wschodu. Bliżej im do pasożytów i gwałcicieli z Bliskiego Wschodu i Afryki, niż do Polaków zza wschodniej granicy, którzy są nie chciani, zapomniani i pogardzani przez demony władzy w Warszawie. Dlatego my solidaryzując się z naszymi Siostrami i Braćmi zza Bugu, będziemy im wysyłać nie tylko książeczki dla dzieci.

Inna sprawa jest z Polonią na Zachodzie. Ponieważ miałem tylko kontakt z USOPAŁ, przeto zwróciłem się o pomoc w realizacji projektu wydawania książeczek anty-gender do samego prezesa, p. Jana Kobylańskiego, która przez kilka miesięcy pozostała bez odpowiedzi. Wiem, że prezes Kobylański, człowiek niezwykle majętny niejednokrotnie pomagał w podobnych sytuacjach różnym osobom w Polsce, nie koniecznie polskiego pochodzenia. Np. dość znaczną pomoc przekazał gazecie „Nasza Polska”, która jest przecież sprzedawana w kioskach i przynosi dochód. Ponieważ ja nie chcę nic za darmo, toteż zaproponowałem wysyłkę książek dla dzieci z tamtejszej Polonii. Otrzymałem odpowiedź, że tam…nie ma dzieci! Nie mniej, Biuro USOPAŁ przedrukowało mój list i ogłosiło na swoim portalu, czytanym przez miliony Polonusów. Niestety, z tych milionów nie odezwał się nikt. Mój apel przedrukowany został również na forum „Wirtualnej Polski”, skierowanej również do światowej Polonii. Taki sam odzew jak z USOPAŁ. Z zagranicy odezwał się do mnie tylko pan Wiesław Pych z Francji, już na samym początku akcji i przekazał znaczącą sumę. Jedna jedyna osoba! Dlatego nigdy więcej nie będę się zwracał o wsparcie do sknerusów zza oceanów. Musimy liczyć na własne siły. A pragnę poinformować, że jest już zilustrowana druga książka, podobnie jak pierwsza z pięcioma bajkami. Projekt jednak nie ruszy, dopóki nie zapłacę za ilustracje. Dlatego ponawiam apel o „darowiznę na druk książek” nr konta: 57 1160 2202 0000 0000 8513 2798

Cezary Piotr Tarkowski

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/pierw ... ne-2015-11



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » So lis 21, 2015 3:19 pm

Lokomotywa.

Miałem jakieś 2,5 roku, kiedy wykiełkowała we mnie nieokiełznana chęć poznania świata. Z naszego podwórka widać było cały Plac Bema. Ratusz, kilka ważnych instytucji, w bezpośredniej bliskości szpital, to sprawiało, że w latach pięćdziesiątych Plac był centralnym punktem Ostrołęki, gdzie skupiało się życie miasteczka. Tutaj też było kilka przystanków, skąd odjeżdżały autobusy na dworzec PKP, do Łomży, Myszyńca, Wyszkowa i dalej. Zaczęło mnie intrygować skąd te autobusy przyjeżdżają. Dokąd jadą ci ludzie z koszami, walizami, tobołkami?

-----------------------Obrazek


Nazwy miejscowości jakie słyszałem, brzmiały tajemniczo, a wielokrotnie zasłyszane błagania pasażerów, aby pan kierowca zabrał jeszcze jedną osobę do przepełnionego ponad wszelkie wyobrażenie pojazdu, działało na wyobraźnię. Skoro ci ludzie tak proszą, to znaczy, że są miejsca piękniejsze niż Ostrołęka, a więc warte odwiedzenia!

W końcu ciekawość zwyciężyła strach przed nieznanym i przepychając się między nogami dorosłych, cichcem wlazłem do autobusu. Nie zwrócił na mnie uwagi ani kierowca, ani konduktor (bo w tamtych czasach bilety sprzedawali w autobusach konduktorzy), ani nikt ze starszych. Autobus ruszył, a ja przez szybę podziwiałem świat. Jazda nie trwała zbyt długo, bo szczęśliwie był to kurs tylko do dworca PKP, który od Ostrołęki jest oddalony kilka kilometrów. Kiedy wszyscy zaczęli wychodzić, ja wysiadłem z innymi pasażerami i wraz z nimi udałem się do budynku dworcowego, a później wyszedłem na peron, przy którym stał pociąg. Zielone wagony, które wydawały się ogromne, wprawiły mnie w nieopisany zachwyt. Wkrótce podłączono lokomotywę. Była wspaniała. Taka jak ją opisał Tuwim w wierszu wiele razy czytanym mi przez ojca: „Ciężka, ogromna i pot z niej spływa – tłusta oliwa. Stała i sapała, i żar z jej brzucha – buchał”. Był maszynista z podkręconym wąsem i usmolony palacz dosypujący węgla wprost pod kocioł gigantycznego samowara.

Stałem i podziwiałem ten wspaniały cud techniki. A najbardziej fascynowały mnie ogromne koła, których obręcze pomalowane były na biało, a coś, co wyglądało na szprychy, lśniło krwistą czerwienią. I jeszcze na kabinie maszynisty – piękny, srebrzysty orzeł na czerwonym tle. Byłem mały, ale widziałem, że jest to godło Polski. To był czas, kiedy Polacy wychowywali jeszcze dzieci w duchu patriotyzmu. Od maleńka.

W pewnym momencie dyżurny ruchu w czerwonej czapce dał sygnał odjazdu, a wielki, czarny, stalowy potwór przeciągle zagwizdał i dmuchnął obłokiem pary wielkości cumulusa, w której zniknąłem całkowicie i przez chwilę nic nie było widać. Najpierw przestraszyłem się bardzo, ale jak tylko para rozeszła się po peronie i zniknęła ponad dachem dworca, patrzyłem jak urzeczony. Oto ruszyła machina potężna, ciągnąc sznur wagonów, w których siedzieli szczęśliwcy mogący wyruszyć w świat daleki. Później patrzyłem jeszcze za wagonami wijącymi się jak żmija po zwrotnicach i rozjazdach i wtedy zrodziło się moje pierwsze marzenie, które trwało wiele lat. Zapragnąłem zostać maszynistą.

W tamtych czasach dworzec PKP w Ostrołęce naprawdę tętnił życiem. Przewijało się przezeń setki ludzi dziennie, bo kolej była podstawowym środkiem lokomocji. Na dworcu był bufet, a w nim dania na gorąco, wódka i piwo kuflowe. Właśnie z tego bufetu wyszło dwóch gości na giętkich już nogach i dostrzegli znacznie młodszego dżentelmena wałęsającego się po dworcu bez żadnej opieki.

W tym czasie, w Ostrołęce dawno zauważono już moje zniknięcie i wszczęto poszukiwania. Najpierw mama obiegła okoliczne podwórka, wypytywała dzieci, znajomych i kogo się dało – czy mnie ktoś nie widział.

Słuch o mnie zaginął. Dlatego wkrótce wszczęto alarm i rozpoczęto poszukiwania na szeroką skalę. Ponieważ często widywano mnie przy zatoczce portowej i nad Narwią, przeto po kilku godzinach nieobecności, zaczęto poszukiwać bosakami zwłok w nurtach rzeki.

Mną tymczasem zaopiekowali się dwaj właściciele nosów, świadczących o obfitym zakąszaniu. Wypytali wszystkich podróżnych na dworcu, czy czasem komuś nie zginął dzieciak. Bo czego jak czego, ale dzieci wtedy nie brakowało. Był powojenny wyż demograficzny i każdy miał po kilkoro dzieci, a niektórzy bardziej ambitni – tworzyli całe drużyny piłkarskie, więc w dworcowym zgiełku jeden mały zawodnik mógł się zawieruszyć. I chociaż nikt się do mnie nie przyznał, to wkrótce miałem pełne kieszonki pieniędzy i cukierków. A skoro byłem niczyj, to trunkowe, a więc szlachetne dusze, postanowiły mnie nakarmić i odwieść do Ostrołęki na milicję. Tak więc w bufecie wrąbałem gorącą kiełbasę, a moi opiekunowie wypili po kilka piwek, aby brzuchy wyglądały przyzwoicie, tj. trzymały szlacheckich gabarytów. Po tej uczcie wsiedliśmy do autobusu i przyjechaliśmy na Plac Bema.

Było późne popołudnie. Ja widząc swój dom, zielone ogrodzenie podwórka, poczułem się u siebie i nabrałem odwagi. Panowie chcieli odprowadzić mnie na komendę, a ja widząc, że ciągną mnie w kierunku odwrotnym niż dom, zacząłem wrzeszczeć i się wyrywać. Gryzłem i kopałem. Zrobił się tumult i skądś znalazła się mama, która wyrwała mnie opiekunom. Matce dostała się ostra reprymenda odnośnie pilnowania dzieci, ja wyszedłem z tej przygody bez szwanku i znacznie bogatszy w doświadczenia, a obaj Sarmaci mamrocząc coś pod nosem, powędrowali do pobliskiej restauracji zadbać, aby brzuchy nie straciły nic ze swojej dostojności.

Później na wiele niewygodnych pytań, odpowiadałem krótko: pojechałem zobaczyć lokomotywę. I to wszystko. Na podwórku zostałem bohaterem, a w Wigilię św. Mikołaj wręczył mi kolejkę z szynami i piękną, nakręcaną lokomotywę. Fakt ten upewnił mnie, iż nie warto trzymać się domu, sukienki mamusi i tak już mi pozostało.

To było sześćdziesiąt lat temu. Kolej była wspaniałą, potężną instytucją, z której byli dumni nie tylko kolejarze. Dumni byli wszyscy Polacy. Pociągi jeździły często, punktualnie i… szybko. Tak, tak – te stare, romantyczne i niezawodne parowozy ciągnęły szybciej wagony, niż współczesne potężne lokomotywy elektryczne. I bilety były tanie.
Bo dziś kolej podzielona jest na spółki. Każda spółka ma swoich prezesów z kominowymi płacami, a ci zastępców. W każdej spółce jest plejada dyrektorów mających również zastępców. Dyrektorzy z kolei mają po kilku pracowników i tym sposobem jest więcej urzędników niż maszynistów i innych ciężko pracujących kolejarzy.
Urzędnicy, aby wykazać się, że coś robią, zmieniają stale rozkłady jazdy. Kiedyś rozkłady zmieniano raz w roku, później dwa razy. Teraz codziennie. Co dzień trzeba sprawdzać rozkład w internecie, bo oszukać się można łatwo. Ale żeby chociaż te pociągi jeździły zgodnie z rozkładem! Ostatnio jadąc z Warszawy do Lublina, pociąg opóźnił się ok. trzech godzin.
Totalny burdel.
Jadąc gdziekolwiek dalej koleją w Polsce, widać małe zapyziałe stacyjki z peronami zarośniętymi zielskiem, rozpadającymi się budynkami, niebezpiecznymi przejazdami bez dróżników. I coraz mniej połączeń, coraz mniej pociągów, co powoduje, że na kolej trudno liczyć, więc jest coraz mniej pasażerów. A jak nie ma pasażerów, likwidują całe linie kolejowe. Całkowity upadek. Demony władzy zlikwidowały Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego, bo lepiej kupić nowe wagony za granicą. Przynajmniej ktoś może wziąć łapówkę od producenta.
Tak kupiono pierdolino (jak publicznie, i słusznie nazwała ten twór Bożena Dykiel). Bo przecież kupując polski skład pięciokrotnie taniej, o podobnych parametrach, decydent, lub grupa decydentów nie wybuduje sobie pałaców! Po co zatrudniać polskiego robotnika, skoro lepiej dać zarobić obcemu? Ale o czym tu gadać. Tak jest ze wszystkim.
Zbyt wcześnie rozebrano w Polsce szubienice.

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/lokom ... ju-2015-11



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt lis 24, 2015 3:29 pm

Malec i weterani.

Gołąbki. Pierwsze powojenne miesiące. Smutek i radość. Dla jednych były żałobą po stracie najbliższych, dla innych szczęściem spotkań, nieraz po kilku latach. To był czas powrotów. Wracali wyniszczeni więźniowie obozów koncentracyjnych i kombatanci z bagażem ciężkich przeżyć. Przyjeżdżali w mundurach rozmaitych fasonów, kolorów, z różnych armii. Jednak najwięcej było tych z Zachodu z naszywką POLAND na rękawie. Niektórzy okaleczeni, bez oka czy nogi, najczęściej zastawali niepełne rodziny. Czasem nikt na nich nie czekał.

-----------------------------Obrazek


Pierwsi, którzy wrócili, rzucali się natychmiast w wir odbudowy Ojczyzny, dając przykład tysiącom polskich tułaczy, których Zachód zwyczajnie zdradził. Polski żołnierz był dobry na frontach, kiedy bohatersko walczył. Po wojnie ci ludzie stali się bezużyteczni, dawano im wręcz do zrozumienia, że są niepotrzebni.

Niezwykle barwną postacią wśród weteranów był pan Stachera, znany bardziej pod przydomkiem Montekasino. Wprost z radzieckiego łagru trafił do armii Andersa, by później z II Korpusem zdobywać klasztor na Monte Cassino. Wielokrotnie ranny, odznaczony orderem Virtuti Militari, był chyba najbardziej tragiczną postacią bohatera w naszej osadzie. Ciężko doświadczony przez wojnę, nie chciał być żebrakiem na Zachodzie. Popadł w alkoholizm. Pił dużo i często, ale jakoś inaczej niż czynią to współcześni pijacy. Nie używał wulgaryzmów, zawsze nosił stary sfatygowany, ale odprasowany mundur z przyszytymi baretkami. Dużo ich było.

Montekasino często przesiadywał u szewca Krawczyńskiego i po raz setny opowiadał mu swoje przeżycia, od czasu do czasu pociągając z butelczyny. Kiedy mama wysyłała mnie z butami, siadałem w kąciku ciasnego warsztatu. Godzinami mogłem słuchać opowieści Stachery i przyglądać się pracy rzemieślnika. Oto wprawne ręce wycinają podeszwy ze świeżej, pachnącej skóry. Następnie sprawne, jak u magika palce nakłuwają otworki, w które wprawnym ruchem szewc wbija drewniane szpilki. Na zakończenie mistrz pokrywa lakiem obcasy, poleruje buty do glansu i oddaje za drobną opłatą. Na moich oczach dokonywał się niemalże cud. Stare schodzone trepy zmieniły się w trzewiki jak nowe, tyle że wygodniejsze.

Pod wpływem opowiadań Stachery i dzieła Krawczyńskiego wracałem do domu z wypiekami na twarzy. I nie wiedziałem, czy lepiej zostać kiedyś bohaterem jak Montekasino, czy szewcem.

Ulica Jasna. Tu miał kiedyś swoją budę Kazio Obrzympała. Fryzjer. Wysoki, wesoły mężczyzna mocno utykał na jedną nogę. To pamiątka z okupacji. Lubił wypić kieliszek, dwa. Nigdy więcej, a to – jak mawiał – z troski o uszy klientów. Za to chętni do strzyżenia, czekając w kolejce, nie żałowali sobie. Zakład pana Kazimierza pełnił także, a może głównie, funkcję klubu kombatanckiego. Tu weterani regularnego wojska i konspiracji opowiadali swoje wojenne przygody. Czasem była już ciemna noc, a z budki Kazia Obrzympały dochodził głośny śmiech, niekiedy wojskowe pieśni.

Wizyta u fryzjera była dla mnie i innych basałyków wielkim przeżyciem. Lubiliśmy tu przychodzić, szczególnie w długie zimowe wieczory. Blask ognia z blaszanego piecyka wesoło migotał na ścianach i suficie, a my wyobrażaliśmy sobie, że to błyski wybuchów bomb i granatów.

Niektórzy opowiadali tak sugestywnie, że czasem małe serduszko huncwota przeszywał strach, to znowu radość, by za jakiś czas poczuć ból cierpienia. Tu naprawdę słyszało się odgłosy artylerii, pikujących samolotów, terkot broni maszynowej. Nigdy nie zapomnę opowieści pewnego kresowiaka, który z przejęciem opowiadał, jak po opuszczeniu ZSSR przez armię Andersa znalazł się na pustkowiach Iranu.

– Panowji, a jaki tam dziki byli! Kuchcik niewieli miał co do kociołka wrzucić, to my ustawili na willisi erkaem i hajda w to bezludzi. Patrzym – jest, odyniec, psia jucha, wielki jak nasz dżip.

– Ja prui, a on panie – wiei. – Ja prui chalercia – on wiei!

– Ja mu odstrzelił nogu, a on wiei – panie!

– No i co, no i co? – ktoś zapytał niecierpliwie.

– No i źwiał – psia jucha, panie!

Będąc w budce Kazia Obrzympały, pragnąłem zostać fryzjerem. Być może dlatego, aby móc słuchać codziennie wspaniałych opowieści. Tymczasem ustępowałem miejsca w kolejce każdemu, kto tylko zechciał. I czasem w zakładzie zostawał tylko fryzjer, malec i weterani…


Dyżurny Psychiatra Kraju
Cezary Piotr Tarkowski


http://wolna-polska.pl/wiadomosci/malec ... ju-2015-11




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Pt lis 27, 2015 7:36 pm

Radosne święto.




Słuchając programu I Polskiego Radia, dowiedziałem się, że obchodzimy radosne święto Chanuka, przypadające 25 KISLEW (Czytelnicy lepsi w wierze wiedzą o co chodzi). Jeśli ktoś z polskich Czytelników chce wiedzieć, kiedy to święto dokładnie się zaczyna i kończy, niech zapyta sekretarkę krwiopijcy (prezesa) firmy, w której znojnie tyra. Sekretarka będzie wiedziała, bo na biurku szefa miejsce menory, zajmie świecznik na 8 świec – tyle dni trwa to radosne święto. Każdy dzień zaczyna się przez zapalenie kolejnej świecy w świeczniku, co oczywiście musi robić sekretarka, ponieważ szef myśli ido roboty ma dwie lewe ręce.



Obrazek




Wiedzę, skąd wzięło się święto Chanuka powinien posiadać każdy goj, który chce się podlizać właścicielowi firmy, w której niewolniczo pracuje. Warto również poznać genezę tego święta, aby lepiej zrozumieć fakt, że żydostwo nigdy nie przyjmuje żadnej innej kultury obcej, dlatego nigdy nie zasymiluje się z innym społeczeństwem.

W II stuleciu p.n.e. wpływy hellenizmu ogarniały świat antyczny. W Palestynie sięgały daleko. Uległy im najwyższe sfery kapłańskie, których wielu członków przyjmowało hellenistyczny sposób życia. Wyrazem tych wpływów jest zwłaszcza Księga Eklezjastesa (Koheleta), w której przejawiają się wszystkie prądy ówczesnej filozofii greckiej. Wyróżnić w niej można wpływy stoicyzmu, epikureizmu i sceptycyzmu. Toteż długo wzbraniano się włączyć ją do kanonu ksiąg świętych. Uczyniono to wreszcie po wprowadzeniu do niej zakończenia zgodnego z ortodoksyjnymi poglądami judaizmu.

Szczególne niebezpieczeństwo zagroziło judaizmowi za Antiocha IV Epifanesa, władcy Syrii, który dla zapewnienia spoistości swemu państwu wprowadzał na całym jego obszarze kult Zeusa olimpijskiego. W Judei nie spotkał oporu ze strony wyższych władz kapłańskich i nawet w 196r. p.n.e. mianował nowego arcybiskupa spośród zwolenników hellenizmu, a Oniasza, ostatniego prawowitego arcykapłana, skazał na wygnanie.

Opór przeciw hellenizmowi rozwijał się jednak w Judei wśród niższych warstw kapłańskich. Na jego czele stali tzw. chasidim, czyli „pobożni”. W ich też gronie zrodził się czynny opór, gdy Antioch IV Epifanes zakazał kultu Jahwe w świątyni jerozolimskiej. Wybuchło wtedy zbrojne powstanie w obronie rodzimej religii. Zapoczątkował je zwykły kapłan z Modlin imieniem Matatiasz, z rodu Hasmonteuszy. Na czele powstania stanął jego syn Juda, zwany Machabejczykiem (od hebr. Makbet – „młot”). Wkrótce zdobył on część Jerozolimy wraz ze świątynią, którą natychmiast „oczyszczono” i na nowo poświęcono. Stąd Chanuka z hebr. „oczyszczenie”. (Dobrze, aby zapamiętały to słowo panie, które za chlebem podążają do Ameryki lub Izraela, gdzie myją tyłki starym Żydówkom).

Dalszy rozwój sytuacji sprawił, że wśród chasidim zaczęły się krystalizować pewne poglądy i kierunki zmierzające do dostosowania się do nowych warunków politycznych i społecznych. Powstały wtedy różne ugrupowania religijne, które z czasem przekształciły się w stronnictwa polityczne. Ich opis przekazał nam w swych dziejach żydowski dziejopisarz Józef Flawiusz (37 – 106 n. e.).

No to mamy nowe, radosne święto. Mamy, bo coraz natarczywiej jest propagowane przez media. Na razie ogłoszono z tego tytułu wiele atrakcji. Na razie w Pr. I PR, Krzysztof Globisz czyta nam „Malowanego ptaka” J. Kosińskiego, pisarza amerykańskiego, pochodzenia polskiego. (Tak napisano w Encyklopedii Popularnej PWN 1998r.). O antypolskiej wymowie tego wybitnego, bo nagradzanego „dzieła” nie muszę chyba pisać. Będą również publiczne występy klezmerów (żydowskich grajków) itp. Jeszcze nie wiem, co nam zaprezentuje telewizornia, bo tekst ten piszę w drugim dniu Chanuki, ale przecież nie będzie gorsza. Na razie karmi nas „Kiepskimi”, niby – komedią, w której jako naród jesteśmy przedstawieni jako leniwy, zapijaczony i skretyniały motłoch.

Usłyszałem w radio wypowiedzi „naszych” dziennikarzy i artystów, jak oni to święto spędzają. Ano jedzą dużo słodyczy, ciast, ciasteczek i deserów. Najbardziej rozpowszechnione w czasie Chanuki są potrawy mleczne. Mleko, po hebrajsku chalaw (radzę uczyć się języka okupanta) przypominać ma dekret syryjski zabraniający stosowania przepisów judaizmu (ch – od chodesz – czyli święcenia nowego miejsca, I – ze słowa mila – obrzezanie i b – jedna z liter słowa szabat – sobota).

Jak opowiadał jeden z „polskich autorytetów” w radio, w czasie święta tradycja nakazuje oddawać się grom hazardowym, chociaż pokera i ruletki Polak nie wymyślił. Toto – lotka też. Do tego typu wynalazków trzeba mieć geny do oszustwa i kanciarskiego sprytu. Zatem w Chanuka pejsaci grają na pieniądze, a dzieci mają do dyspozycji monety odlane z czekolady. Wszak uwielbienie i kult pieniądza musi być wpajane od dziecka.

Chanuka jest obchodzone w tym samym miesiącu co Boże Narodzenie. Tylko że wg Żydów Jezus Bogiem nie był. Nie był również Mesjaszem. Kiedyś słuchałem publicznej wypowiedzi pewnego uczonego w mowie i piśmie, że oczekiwanie na Mesjasza dobiegło końca. Mesjasz wypełnił obietnicę i sprowadził Żydów do Palestyny. Tam w 1948r. założono państwo Izrael. Stało się to po złożeniu małej ofiary w dziejach świata, poprzez holokaust. Dlatego Mesjasz jest symbolem duchowym określającym w postaci przejawionej cały naród żydowski. A więc Żydzi, jako naród wybrany mają objąć rządy nad całym światem. Cała reszta ma przyjąć żydowskie obyczaje i kulturę i bezwzględnie podporządkować się narodowi wybranemu. Żydzi już nie mogą marnować czasu na zajęcia „nieczyste”. Tak więc do roboty są wszystkie inne narody, a żydzi jako materialny przejaw Boga na Ziemi mają tylko czuwać nad wszystkim i zbierać owoce.

Kto swoim postępowaniem wyraża sprzeciw, buntuje się przeciwko woli Jahwe, musi być usunięty poza społeczeństwo. Nie należą mu się żadne, nawet najmniejsze przywileje. Wychodzi spod opieki prawnej, finansowej i in., a najmniejsze nawet przewinienie jest karane z całą surowością.

Mamy więc Chanuka, które jest świętem nacjonalistyczno – wyznaniowym i Boże Narodzenie. Talmud o Jezusie i jego cudownym przyjściu na świat wyraża się w sposób obraźliwy dla całego chrześcijaństwa, ale nie tylko, bo inne wielkie religie świata jak islam czy hinduizm uważają Jezusa za wielkiego proroka.

Kiedyś miałem przyjemność przeczytać książkę pt. „Nauki Issy” (Issa w j. hindi znaczy Jezus) autorstwa Śri Sathia Sai Baby – wielkiego nauczyciela z Indii. Książka ta przepełniona niespotykaną, niezwykłą wręcz czcią i miłością, tłumaczy w sposób niezwykle zrozumiały i czytelny boskie posłannictwo Chrystusa i rolę tego posłannictwa. Przedstawia Jezusa jako boskie ucieleśnienie miłości. Wysławia nauki Jezusa i Jego życie w dziele budowania i utrwalania miłości do każdego bliźniego, miłości do Boga, świata, ludzi, zwierząt, całej natury, tego co przejawione i nieprzejawione.

Wielcy przywódcy duchowi i polityczni islamu niejednokrotnie wypowiadali się publicznie z wielką czcią o Chrystusie, stawiając Go na równi z prorokiem Mahometem, bo jednemu i drugiemu chodziło o to samo: o zapanowanie miłości i pokoju na świecie. Ostatnio złożył pokłon Jezusowi i Maryi w swoim przemówieniu na forum ONZ prezydent Iranu Mahmud Ahmadinedżad.

Takich słów nikt nigdy nie usłyszał z ust radośnie świętujących Chanuka. Talmud wiele mówi o Chrystusie i Maryi, ale w szatańskich wersetach jest zawarte tyle jadu, nienawiści, szyderstwa i obelg – ile było w dniu zbrodniczego ukrzyżowania Chrystusa. I przez 2 tyś. lat nic się nie zmieniło.

Szabesgoje w czwartym dniu Chanuki i sobotę szabasową, wraz z panią prezydent Gronkiewicz – Waltz wypuścili na koszt miasta setki baloników z napisem „Wesołych Świąt”. Których świąt? Przecież z okazji Świąt Bożego Narodzenia, można to było uczynić 2 tygodnie później. No tak, ale już by było po radosnym święcie Chanuka!

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski


http://wolna-polska.pl/wiadomosci/rados ... ju-2015-11




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » So lis 28, 2015 12:12 pm

Doktorek Jeziorek.



Wiele osób zarzuca mi, że wspominając dzieciństwo, młodość i późniejszy żywot, często fantazjuję i łżę jak najęty. Niedowiarkom odpowiadam tak: Za takie niskie honoraria za pracę twórczą – zmyślajcie sobie sami. A najbardziej fantastyczne i humorystyczne historie zdarzają się właśnie w życiu.




Obrazek


Życie zaczęło mnie doświadczać za czasów schyłkowego Gomułki, kiedy z dobrymi wynikami ukończyłem szkołę podstawową. Doskonale zdałem egzaminy do technikum w Białymstoku, skąd wkrótce zostałem wyrzucony na zbity pysk. Celowo się podłożyłem, bo krew nie woda, a w domu zostawiłem ukochaną, zawód melioranta darzyłem nieopisanym wstrętem płynącym z głębi serca, a jeszcze bardziej nienawidziłem szkoły, w której nie było dziewcząt. Liceum to co innego!

Podobny los spotkał Wojtka Kociszewskiego, z którym kończyłem podstawówkę. Obaj spotkaliśmy się w I klasie liceum im. Leona Kruczkowskiego w Ursusie, gdzie jak myśleliśmy – czeka nas błogość pobierania nauk w sposób radosny i wielce beztroski. Oj, myliliśmy się bardzo. Od początku nauczyciele patrzyli na nas spode łba, jako na drugorocznych głąbów, a i podpadliśmy już na początku roku. Kociszewski obił gębę koledze z najstarszej klasy, a ja strzeliłem z gumki papierowym haczykiem w oko, którego właścicielką była Walera, nasza polonistka. To był zwykły wypadek, bo celowałem w durny łeb Rajtuza. Nie miałem przecież złych intencji, ale nie uznano tego za okoliczność łagodzącą.

Na domiar złego do szkoły przyszła matka Kocura i naskarżyła, że zrobiliśmy 50 litrów wina z jabłek i gąsior zamknęliśmy w jednym z piwnicznych pomieszczeń, do którego Wojtuś nie chce oddać klucza. Wyniki w nauce też nie były imponujące, ale to nie z naszej winy. Do szkoły nosiliśmy dębowy kuferek, do którego nie mieściły się wszystkie podręczniki i zeszyty. Zatem zgodnie z wpajaną w nas komunistyczną doktryną o wspólnej własności, wszystko mieliśmy wspólne. Kiedy Kocur dostawał z odpowiedzi dwóję, to dostawał dwóję i nikt nie wnosił zażalenia. Ale kiedy z wypracowania dostawaliśmy czwórkę, to ponieważ praca była wspólna i we wspólnym zeszycie, więc ocenę dzielono na nas dwóch i też dostawaliśmy po dwójce. Oto klasyczny szkolny przykład komunistycznej sprawiedliwości!

Nasza kariera naukowa w Liceum im. Kruczkowskiego, nie zapowiadała się różowo. Dlatego pan dyrektor wezwał nas któregoś poranka przed swoje oblicze, nakazał kategorycznie pojechać do Pruszkowa i w jednej z przychodni odnaleźć doktora Jeziorka. Wybitny ten specjalista ma nas dokładnie zbadać, dlaczego nie chcemy się uczyć i czemu tak kurczowo trzymamy się I klasy, że postanowiliśmy w niej pozostać po raz trzeci. Dostaliśmy pieniądze na bilety kolejowe i dyrektorskie błogosławieństwo z zapewnieniem, że bez diagnozy na piśmie nie mamy po co pokazywać się w szkole.

To nie było takie straszne. Ale pobledliśmy, kiedy p. dyrektor zarekwirował nasz sławetny drewniany kuferek z pięknym, rzeźbionym lwem na wieku. Kuferek miał pozostać w dyrektorskim gabinecie jako depozyt, abyśmy nie musieli go nosić w obcym mieście. Klęska. W kuferku bowiem były nie tylko papierosy. Te zresztą można zawsze kupić, ale znajdował się tam piękny, kolorowy magazyn, z trudem przemycony zza „żelaznej kurtyny”. Już z okładki uśmiechała się śliczna blondynka ubrana tylko w szpilki i… makijaż. A co było w środku!

Dzisiaj takie magazyny są powszechnie dostępne, można je nabyć w każdym kiosku. W tamtych jednak czasach był to skarb osiągany jedynie przez nielicznych i za duże pieniądze. Za pokazanie paru dziewczyn, zawsze mieliśmy ściągi, prace domowe, a przede wszystkim uznanie i szacunek wśród chłopaków całej szkoły!

– Panie dyrektorze, tu są nasze pomoce naukowe, a my chcemy podczas podróży się uczyć – wybełkotał ze łzami w oczach Kociszewski.

To oświadczenie nie było tak zaskakujące, co głupie, bo pociąg z Ursusa do Pruszkowa jedzie aż… 10 minut. W końcu to tylko dwie stacje. Przychodnię też znaleźliśmy, bo nie jest tak daleko od dworca PKP. Tylko, że w tej przychodni, nikt nie znał doktora Jeziorka. No ale po długim tłumaczeniu, że doktor musi nas zbadać – dlaczego nie chcemy się uczyć, skierowano nas do specjalistycznej przychodni szkolno – wychowawczej. Tam przyjęła nas jakaś młoda psycholog i dusząc się ze śmiechu oznajmiła, iż doktorem Jeziorkiem nie jest. Skierowała nas za to do Przychodni Zdrowia Psychicznego.

Tam z powrotem chcieli nas odesłać do przychodni, z której przyszliśmy, ale uparliśmy się na dr Jeziorka i tyle. Psychiatra patrzył na nas bardzo podejrzliwym wzrokiem, wreszcie dał nam skierowanie do szpitala psychiatrycznego w Tworkach, gdzie właśnie miał leczyć dr Jeziorek, a nawet sam Freud, bywający też Napoleonem.

Jedną stację kolejki WKD przeszliśmy pieszo. Z izby przyjęć trafiliśmy do tłustego medyka o wyglądzie dobrodusznym. Zajął się nami poważnie, popukał nawet młotkiem w kolano. Mówił cicho, spokojnie i łagodnie. Stwierdził erotomanię, początkowe stadium alkoholizmu (Wojtek całkiem niepotrzebnie opowiadał o pornosie i naszym gąsiorku) i coś jeszcze bardziej poważnego. Do leczenia zamkniętego nas jeszcze nie zakwalifikował, ale stwierdził, iż jesteśmy na dobrej drodze.

Pan doktor wszystko dokładnie zapisał, karty chorobowe włożył do dużej, szarej koperty, kopertę zakleił i kazał zanieść do… doktora Jeziorka. Dr Jeziorek przyjmuje w przychodni na Żbikowie – powiedział.

– Rany gościa!

Tu pragnę oświecić Czytelników słabszych z geografii, że Żbików jest dzielnicą Pruszkowa, zaś sam Pruszków był wtedy czterdziestotysięcznym miastem i dość rozległym, z fatalną komunikacją, a w tamtych czasach z jej brakiem.

Poszliśmy.

Wreszcie tu, uśmiechająca się tajemniczo rejestratorka oświadczyła, że doktor nie może się nas doczekać. Fakt, zrobiło się już dość późno. Nieśmiało weszliśmy do gabinetu zmęczeni i wygłodzeni. Myśleliśmy, że będziemy mogli usiąść. Ale nie. Lekarz, widać że w doskonałym humorze, ze śpiewnym wileńskim akcentem zadał rutynowe pytanie: – I co was młodzieńcy do mnie sprowadza?

– Pan dyrektor nas wysłał, aby pan doktor nas zbadał, dlaczego nie chcemy się uczyć i z jakiej przyczyny chcemy zostać trzeci rok w pierwszej klasie – odpowiedzieliśmy jednocześnie, tworząc niezły duet.

– Aaaaa… – Na moje oko, to wydajecie się na tyle zdrowi, że krowy paść możecie. Ale przede wszystkim, to ja nie jestem doktor Jeziorek, tylko Bajorek!

– Ale pan dyrektor podał nam takie…

– Co pan dyrektor wam podał, to ja wiem – przerwał doktor Bajorek. Zresztą muszę do niego zadzwonić… I zadzwonił.

– Słuchaj Józek, przyszło do mnie dwóch tumanów i pytają – uważaj – dlaczego nie chce im się uczyć! – A niby co – ja jestem wróżką jaką, czy co?

No cóż, jakoś zdaliśmy. Nawet udało nam się zdać maturę i iść dalej. Oj, ciężkie jest życie sztubaka!



Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski


http://wolna-polska.pl/wiadomosci/dokto ... ju-2015-11




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » N lis 29, 2015 9:07 am

Ważne: Druga książeczka anty-gender.


Obrazek


Jest już przeze mnie napisana i opatrzona pięknymi ilustracjami przez Waldemara Kastę. Tak jak pierwsza. Zawiera 5 pouczających bajeczek zgodnych z naszą katolicką moralnością i etyką opartą na prawie naturalnym, a wypracowaną i pielęgnowaną przez kilkadziesiąt pokoleń naszych przodków. Jest zgodna z kulturą niegdyś chrześcijańskiej Europy, a więc obca nowym, satanistycznym trendom i ideologiom narzucanym nam przez chazarską dzicz i żydomasonerię po to tylko, by nas moralnie upodlić i zniżyć do funkcji zarezerwowanych dla bydląt.


Pierwsza książeczka w nakł. 3 tys. egz., jest już co najmniej w 1/3 rozprowadzona. Zgodnie z zapowiedzią, kilkaset książeczek wyjechało za wschodnią granicę do naszych polskich dzieci skupionych w ośrodkach polonijnych i polskojęzycznych przedszkolach, gdzie występuje głód polskiej literatury dziecięcej.

Wszystkie kolejne rządy w Warszawie, naszych Polaków ze Wschodu mają w miejscu stanowiącym obiekt pożądania pederastów. Tak jest od 1945 r. i nic się nie zmienia. Warszawka zawsze dbała tylko o własne koryto i chazarskich pasożytów, a teraz o innych obrzezanych w turbanach, dla których są pieniądze i mieszkania z których wyrzuca się autochtonów. Dla miejscowych Polaków są jakieś okruchy z żydowskiego stołu, a dla polskich repatriantów ze Wschodu nie ma nic z wyjątkiem biurokratycznych utrudnień. Kiedyś bywałem na Wschodzie, rozmawiałem z tamtejszymi Polakami, więc niech żydowska propaganda i inżynierowie od manipulacji umysłami zamkną pyski, bo uczniowie Goebbelsa potrafią tylko kłamać.

Po książeczki był u mnie osobiście nasz Czytelnik i Patriota p. Radosław Miller, którego firma oddelegowała do pracy we Lwowie. Zabrał ponad 200 książeczek dla polskich przedszkoli. We Lwowie są 2 takie przedszkola, ale w okolicy więcej. Zresztą p. Radosław wie co ma robić, więc będzie dobrze.

Przyjechał również p. Adam Woronecki z Białegostoku, który książeczki prześle dalej do Wilna, lub na Białoruś. Jesteśmy w kontakcie, więc książeczki dotrą do miejsca przeznaczenia i w miarę potrzeb pan Adam przyjedzie po następne. Kilkadziesiąt książeczek ok.100, pan Warecki zawiezie na Podlasie, gdzie liberalne rządy doprowadziły do największej nędzy, a75 egzemplarzy zostało wywiezionych dla wygnańców do Anglii. Tu niestety darowizny nie będzie, bo tam ludzie pracują i wiedzą za co pracują.

Do chwili obecnej nie spieniężyłem ani jednej książeczki, bo nie mam czasu tym się zająć. Ale zgłaszają się osoby chętne do pomocy, jak pani Maria Zielińska z Nowego Targu, czy pan Piotr Kapusta z Częstochowy, którzy poświęcają czas i energię, aby zainteresować nabyciem książek swoich znajomych nabyciem bajek anty-gender. Wreszcie sporo książek wysłałem Ofiarodawcom. Do dziś, każdy z Ofiarodawców otrzymał co najmniej 1 książeczkę, choćby wysłał 10 zł. W takim przypadku trzeba dołożyć do wysyłki, ale chcę, by te najbiedniejsze osoby też miały satysfakcję, iż działają w dobrej sprawie dla dzieci i Narodu. Pragnę dodać, że koszt najtańszej wysyłki, to min. 8 zł (koperta bąbelkowa i znaczki na polecony), nie licząc wartości książki. Ale proszę pamiętać, że do każdej książeczki wpisuję dedykację, muszę ją zapakować, zaadresować i odstać swoje na poczcie.

Tylko troje Ofiarodawców nie otrzymało książeczek, a to dlatego, że jedna pani nie napisała swojego adresu, a dwie osoby nie odebrały przesyłek. W takim przypadku paczka do mnie wraca i wtedy ponoszę podwójny koszt, bo poczta pobiera za zwroty opłatę. Strata jest większa, bo nie można już nikomu przekazać książek z dedykacjami. Zdarzyła się też osoba nieuczciwa, ale mam nadzieję, że książeczki trafią do dzieci, więc strata niewielka. Odnośnie dedykacji, to warto, by miały je dzieci, a nie tylko Ofiarodawcy. Ponieważ rzadko komu się chce napisać list pocztą, więc zmuszony jestem podać swój adres mailowy: [email protected] Proszę napisać imię, nazwisko i wiek dziecka. Informacja ta jest potrzebna, bo przy większej wpłacie wysyłam dużo książek, a dziecko (dzieci) nie zawsze noszą nazwisko Darczyńcy. Janków, czy Jolek jest dużo, więc jeśli dzieciak dostaje dedykację z nazwiskiem, jest dumne, bo wie, że to tylko dla niego.

Jak wspomniałem na początku, druga książeczka jest gotowa, brak jednak pieniędzy aby zapłacić ilustratorowi i drukarni za druk. Sam jadę na debecie, ponieważ w różnych wydawnictwach wykupiłem resztówki swoich książek z przeznaczeniem dla Dzieci Ofiarodawców i tych ze Wschodu. Kupiłem, bo u wydawcy książkę nabywam za najwyżej 50% ceny rynkowej. Ks. dyrektor wydawnictwa „Jedność” z Kielc, sprzedał mi 500 książek po cenie druku, za co jestem niezmiernie wdzięczny. 100 książeczek o wartości kilkunastu zł każda, sprzedał mi nawet po złotówce. Musiałem skorzystać z takiej okazji. To są resztówki, a wydawnictwa nie podejmą się wznowień, ponieważ boją się robić dodruków książek autora, który podjął oficjalną walkę z żydomasonerią. Ale z zakupami koniec, bo po prostu fizycznie tych książek już nie ma. Nawet sam nie mam ani jednego egzemplarza kilku tytułów. Do nabycia są jeszcze tylko 2 tytuły, ale i one niebawem się skończą.

Nie mam pieniędzy, ale zakupione książki stanowią pewien kapitał, z którego mam nadzieję, przyszli Ofiarodawcy zechcą skorzystać. Jak kiedyś pisałem, żyję na minimum egzystencji, co każdy może sprawdzić. Jako niepełnosprawny i chory człowiek, zamiast renty otrzymuję z opieki społecznej ok.600 zł zasiłku stałego, z czego bank potrąca mi ponad 400 zł opłat stałych. Na wszelkie poczynania finansowe mam faktury i pokwitowania, które przedstawiam do wglądu głównym Ofiarodawcom. Pracuję po kilkanaście godzin dziennie, bo przecież poza sprawami związanymi z wysyłaniem książek i korespondencją, piszę co najmniej 2 artykuły tygodniowo, za co przecież nikt mi nie płaci. Dlatego aby ukazała się następna książeczka, jestem zmuszony znowu poprosić Państwa o finansowe wsparcie tego projektu. O dołożenie cegiełki do druku książeczek, które są naszymi karabinami w walce z satanistyczną ideologią.

nr konta: 57 1160 2202 0000 0000 8513 2798

adres: 02-495 warszawa ul. Walerego Sławka 4 m. 16

lub: 20-531 Lublin ul. Fantastyczna 21 m. 49

Cezary Piotr Tarkowski

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/wazne ... ki-2015-11




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt gru 01, 2015 5:30 pm

Edzio i tel-awizja.



Jako Dyżurny Psychiatra Kraju, jestem zmuszony oglądać debaty „naszych” polityków na szklanym ekranie. Jest to trudne i męczące zadanie, bo prawie nie zdarza się, aby któryś z pacjentów wyrażał swoją kwestię sam. To może nastąpić tylko wtedy, gdy inni rozmówcy przez chwilę są myślami gdzie indziej. Np. jeden zastanawia się, czy przed wyjściem nie zapomniał zamknąć sejfu z lewą gotówką i materiałami kompromitującymi innych kolesi z innej zorganizowanej grupy przestępczej. Nie koniecznie innej partii. Drugi w tym czasie wytrzeszcza gały na przechodzącą za kamerami kuso odzianą laskę, a trzeci ma trudności w zebraniu myśli na skutek ciężkiego kaca i marzy o secie gorzały. Ale takie chwile, kiedy wymądrza się tylko jeden z pacjentów, należą do rzadkości i mogą trwać najwyżej kilka sekund. Najczęściej majaczy i łże dwóch jednocześnie, czasem trzech, a zdarza się że wszyscy, łącznie z gospodarzem programu.


Obrazek



Gdyby nie fakt, że pacjenci w swoich publicznych wypowiedziach (niejednokrotnie krzyku) pragną zaspokoić swoją wybujałą ambicję i pychę, można by ich zachowanie zakwalifikować do zwykłego chamstwa. Ale z punktu widzenia psychiatrii, jest to PSEDOLOGIA PHANTASTIKA.

PSYCHOPACI typu HISTEROIDALNEGO z dużą konsekwencją, a przeważnie z talentem odgrywają rolę trybunów mas. Nie chodzi tu tylko o wypowiedzi, które są fałszywymi sądami jedynie w znaczeniu sądów kłamliwych. Chodzi również o zakłamanie obejmujące całość osobnika. Jeżeli stworzył on sobie bajkę o swoim „wyższym” pochodzeniu, lub wbili mu ją do głowy pobratymcy, to odgrywa ją m. in. stylem życia. Np. kiedyś spożywał kaszę ze skwarkami, dziś żre ośmiorniczki. Pobudką działania jest chęć imponowania telewidzom, dalszego robienia kariery i osiągania zysków materialnych. Korzyścią doraźną jest połechtanie popędów władczych, egocentrycznej miłości własnej, oraz wybujałej ambicji i pychy.

Mimo iż jestem wybitnym psychiatrą, niejednokrotnie wkładam dużo wysiłku, aby odróżnić telewizyjną paplaninę polityków, od przemówień głupiego Edzia z mojego bloku. Edzio po spożyciu kilku garnuszków mózgotrzepa, otwiera okno i nadaje na całe podwórko. Mróz, śnieżyca, a on w podartym podkoszulku waląc łapskiem w blaszany parapet, przemawia.

Tutaj niewtajemniczonym winny jestem wyjaśnienie. Otóż mózgotrzep, zwany inaczej gwarowo szamanem, jest substancją chemiczną sprzedawaną legalnie w polskich sklepach jako produkt winopodobny. (Za Jaruzelskiego był np. w sprzedaży wyrób czekoladopodobny). Mózgotrzep składa się z kranówy, barwnika do tkanin, substancji „smakowych” i produktu spirytusopodobnego. Skład chemiczny trucizny, jest zależny od stodoły lub szopy, gdzie następuje produkcja. Szczegółowy opis produktu i następstw jego spożywania zamieszczę w innym artykule.

Wróćmy jednak do przemawiającego Edzia.

Jego mimika i gestykulacja przypominają Benito Mussoliniego albo Nikitę Chruszczowa tłukącego butem o mównicę w gmachu ONZ. Często można zaobserwować elementy wypowiedzi Wielkiego Obalacza z Gdańska, doktora nauk. SENSORIUM jest na tym samym poziomie i już nikt nie wie, o co Edziowi chodzi. W końcu, kiedy mówca ulegnie pewnemu znużeniu, jego majaczenia przeradzają się w senne przemówienie nieodżałowanego towarzysza Wiesława. Nie ma to jednak wpływu na długość przemówienia, bo trwa ono tyle co wystąpienie Fidela Castro. Znużenie Edzio eliminuje uzupełniając zawartość trzewi mózgotrzepem.

Zdarza się, iż w tym samym czasie otwiera okno pewna zakręcona białogłowa i wygłasza również swoje mądrości. Zaczyna się spektakl na pół Ursusa, ciekawszy od głupawych kabaretów w telewizji. W przypadku bełkotu nie ma większej różnicy między ową damą i jej interlokutorem a dyskutantami w telewizji. Mamy tu bowiem do czynienia z dialogiem składających się z dwóch wygłaszanych jednocześnie, ale zupełnie niezależnie monologów.

Jedyna różnica jest taka, że w telewizji rozmówcy mają ze sobą kontakt wizualny i mogą swobodnie skakać sobie do oczu wielkości judaszowych srebrników i haczykowatych kulfonów. Nasi bohaterowie z Ursusa wzajemnie się nie widzą, bo oddziela ich siedmiopiętrowy budynek poczty. Mamy wtedy stereo między blokami. Jest jeszcze ciekawiej. Oto dwoje wariatów i poczta z tłumem desperatów, który walczy o dostęp do okienka jak o miejsce w szalupie tonącego Titanica. I choć nie ma orkiestry, która gra do końca, to jest dwoje krzyczących czubków. Mają oni zapewnioną wysoką oglądalność, a w zasadzie słyszalność. Niejaki Szkiełko pomieszkujący czasem u Głupka, mógłby zostać jego impresario i przerywać program reklamą np. podpasek lub pastylek stymulujących wiatry po wzdęciach.

Czasem właściciele żółtych papierów swój dialog prowadzą w cichą, pogodną noc księżycową. Wtedy mamy do czynienia z seansem kwadrofonicznym. Oto baryton i piskliwy mezzosopran brzmią w mieście swoją wariacką muzyką.

Chcąc wyjaśnić SENSORIUM gadających głów, należy użyć fachowych terminów psychiatrycznych. Pacjenci z Ursusa i z ekranu telewizyjnego pod wpływem różnych czynników ulegają podobnemu pobudzeniu afektywnemu. To z kolei powoduje przyśpieszenie toku myśli. Wyrazem czego są szybkie, byle jak powiązane wypowiedzi. Gadatliwość ta wzmagać się może do rozmiarów objawu zwanego słowotokiem LOGORRHOE. Mowa pacjentów traci sens, a ich wypowiedzi przybierają cechy przechwałek i nierealnych planów. Przy wzmożonym podnieceniu chorzy przejawiają urojenia wielkościowe MANIA SENILIS. W cięższych przypadkach kończy się na bezkrytycznym samochwalstwie.

Nie dziwmy się przeto naszemu Edziowi, że nienawidzi elektronicznych mediów. Pod tym względem jest to objaw zdrowia. Niedawno, znużony wielogodzinnym przemówieniem, stał się nudny jak legendarny I sekr. PZPR. Jego bełkot był cichszy i cichszy. I być może, nasz mówca poszedłby wreszcie spać, gdyby nie usłyszał konkurencji w telewizji. Trwała właśnie debata polityków wrzeszczących swoje kwestie. Edzio na chwilę zamilkł, by ulec metamorfozie. Teraz w oratora wstąpił nie duce, ale sam fuhrer. Po kilku mocniejszych akcentach przemówienia telewizor wyleciał przez okno, po czym pacjent powrócił do swojego monotonnego ble, ble.

Oczywiście, każda debata lub przemówienie muszą się kiedyś skończyć. Napuszeni i mądrale po opuszczeniu studia na Woronicza wsiadają w limuzyny i w towarzystwie goryli są odwożeni do swoich przytulnych rezydencji. Tam zdejmują swoje długie, czarne chałaty, zakładają jarmułki i miękkie papucie i w gronie rodzinnym, pełni najwyższego zachwytu dla własnej elokwencji oglądają siebie w telewizji, wrzeszczą: – Ale mu (im) dołożyłem! Aj, waj!

Przemówienie Edzia jest zazwyczaj niegrzecznie przerywane przez przedstawicieli odpowiednich służb. Pacjent opuszcza swoje studio szczelnie okutany specjalnym kaftanikiem również z obstawą. Wraz z asystą odjeżdża do izby wytrzeźwień, gdzie jest najpierw okradziony, a później przebrany w siermiężną koszulę spędza noc, by następny dzień zacząć od mózgotrzepa.

Swoją drogą wolę oglądać wystąpienia Edzia. Są bardziej efektowne. Na tym polega wyższość folkloru środowiskowego nad politycznym.



Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/edzio ... ju-2015-12



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Wt gru 08, 2015 8:37 pm

Malarze.


----------------------------------------Obrazek




To specyficzna grupa ludzi. Nie będę tu pisał o malarzach pokojowych, chociaż wśród nich też bywają znani w kilku kwartałach ulic „artyści”. Nie opiszę też „malarzy”, którzy zajmują się oszpecaniem miast, miasteczek i przysiółków różnego typu ohydztwem, choć ten rodzaj wandalizmu poprawność polityczna każe nazywać sztuką, w rozdziale noszącym miano graffiti. To temat na inny artykuł, mimo że proceder nanoszenia koszmarnego paskudztwa na płoty, ściany budynków, wagony kolejowe itp. nosi pewne cechy podobieństwa do dziadostwa pacykowanego na płótnach blejtramowych. Na tego typu sztuce znają się tylko jarmułkowi specjaliści i oni nakreślają kierunek. Jako gorzej urodzony, mam wypaczone poczucie piękna, więc nie wolno mi oceniać.

Przebywam często w światku artystycznym, co jako Dyżurnego Psychiatrę Kraju, zmusza do obserwacji klinicznej, bowiem rzadko bywa, aby zdrowi na umyśle byli. Jeśli na pierwszy rzut oka artysta wydaje się normalny, to po bliższym poznaniu szybko wyjdzie na jaw, że pacjent nadaje się do długotrwałego leczenia. Artystów zżerają nałogi, dewiacje seksualne, urojenia, fobie itd. Stwierdzam, że w szpitalach psychiatrycznych jest więcej ludzi normalnych , niż w środowisku artystycznym. Malarzy dotyczy to w szczególności.

Pierwszego malarza poznałem jeszcze w młodości i na początku facet wydawał się normalny. Wykazał się nawet dobrym rozumieniem świata. Może dlatego, że pochodził z lubelskiej wsi i potrzebował trochę czasu, aby zepsuł go nowoczesny styl życia, narzucony przez popularyzatorów New Age, czyli wszelkich zboczeń, ateizmu, kosmopolityzmu, egoizmu, cwaniactwa itd. Jako jeszcze nie zdemoralizowany Polak, miał trudności adaptacyjne na uczelni w wielkim mieście, tym bardziej, że studiował na ASP, gdzie żydzi stanowią bardzo wysoki odsetek zarówno wśród studentów jak i wykładowców. M. in. Na ASP wykładał niejaki Szymon Kobyliński, znany niegdyś z telewizyjnego ekranu rysownik. Ten popularny i lubiany przez telewidzów żyd, miał na uczelni zgoła inne oblicze. Lubił mawiać polskim studentom (zgodnie z wykładnią Talmudu), że Polacy są stworzeni do łopaty, a nie do pracy twórczej. Inni wykładowcy do polskich studentów podchodzili podobnie. Nic zatem dziwnego, że Janusz B., choć ponoć był zdolny, to kunsztu malarskiego nie wykazywał. Na domiar złego, nawet nie wyglądał na artystę. Artysta bowiem winien mieć długie kudły, a na łbie powinien być osadzony czarny kapelusz z ogromnym rondem. A ten nawet brody nie posiadał. Nie miał nawet ufajdanych butów i kilkudniowego zarostu. Więc co to za artysta?

No więc Janusz B. wyglądał na zwykłego faceta, który malował swoje nic nie warte lanszafty, czasem pochlał jak normalny chłop, czasem potargał swojej babie czupiradło, aby jej wątroba nie gniła. Ale produktów jego twórczości nikt nie chciał kupować nawet za psie pieniądze, toteż lądowały one na strychu, gdzie użytek mogły robić z nich tylko myszy i nietoperze. Pieniądze, które malarz miał ze schedy się skończyły, więc musiał coś wymyślić, aby nie zdechnąć z głodu. Oczywiście do żadnej pracy nie poszedł, bo artysta nie może się zdeklasować. Wreszcie jak to geniusz, wpadł na doskonały pomysł i wysłał swoją małżonkę do burdelu na południe Włoch. Ładna, cycata blondynka miała niezłe powodzenie, ponoć dziennie przyjmowała ponad 20 klientów. Pieniądze z południa zaczęły napływać do malarza szerokim strumieniem. Po jakimś czasie, Janusz B. zaczął jeździć nowym mercedesem, a później wozić w nim dziewczyny z coraz młodszego rocznika. Za każdym razem przedstawiał mi studiujące siostry cioteczne, później kuzynki licealistki, wreszcie gimnazjalistki. Czasem chwalił się, że to jego modelki i pozują mu do aktów. To było raczej nieprawdopodobne, bo ten artysta nie potrafił nawet naszkicować kobiety. Kiedyś usiłował namalować konia i wyszedł mu jakiś zupełnie nieznany ssak – coś co przypominało krzyżówkę psa z hipopotamem. Poddałem mu wtedy pomysł, aby zaczął malować pejzaże spoza naszej galaktyki, na której umieści nieznaną na Ziemi faunę i florę. Myślałem, że artysta się obrazi, ale on uznał to za doskonały pomysł.

W naszym kołtuńskim społeczeństwie, fakt posiadania pieniędzy człowieka nobilituje. Toteż malarz zyskał powszechny szacunek i uznanie. Zmienił też poglądy z „szowinistycznych” na kosmopolityczne, więc otworzono przed nim salony. Właścicielami salonów Polacy raczej nie bywają i byle kto tam nie trafia. Na salonach więc malarz poznał pewną niewiastę (ale nie białogłowę) i muszę przyznać, że całkiem do rzeczy, która zamiast nosa posiada gustowny haczyk i oczy wielkości judaszowych srebrników.

Widocznie Janusz B. bardzo się zakochał, bo rozszedł się z małżonką. Co do winy rozkładu związku, sąd nie miał wątpliwości. Malarz bowiem przedstawił dowody, iż jego małżonka uprawiała najstarszy zawód świata. Sąd nie dał wiary w fakt, iż nie pojechała do Włoch na własne życzenie. Odebrał też prawa rodzicielskie byłej malarzowej, w zamian za co przysądził solidne alimenty na jedynego syna. Kobieta nie miała dowodu na to, że wszystko co zarobiła, przekazywała mężowi. Sprawiedliwość więc, jak zawsze zresztą- zatryumfowała.

Na weselu państwa B., malarz prastarym obyczajem rozdeptał buciorem kieliszek. Na farta. Grali klezmerzy i jadło było koszerne. A po weselu dokonał się cud. Janusza B. zauważyli „znawcy” sztuki. Tu wystawa, tam wernisaż. Raz wywiad w radio, innym razem artykuł w prasie. W rezultacie, nawet stare, zafajdane przez gołębie lanszafty ze strychu, znalazły nabywców. Polska zyskała jeszcze jednego, wcześniej nie docenianego wybitnego twórcę.

Zupełnie inny los spotkał Andrzeja G. z warszawskiego Ursynowa. Muszę przyznać, że Andrzejek miał prawdziwy talent. Zaczynał od portretów, które robił przeważnie kolegom od gorzały. Portrety były świetne, choć dla mnie zbyt ciemne, zbyt ponure. Czuć było jednak rękę mistrza.

Andrzejka poznałem przez Bogdana L. muzyka z zespołu Brekaut, niegdyś najlepszego zespołu big – beatowego w Polsce. Oczywiście poznałem go w trakcie jakiejś artystycznej popijawy. Jędruś w przeciwieństwie do Janusza B. miał klasyczny wygląd artysty, charakteryzujący się potężnym, rudym czupiradłem na głowie, w której roiły się stale chore myśli w wyniku DELIRUM ALCOHOLICUM. Kilkanaście lat temu Andrzejek znajdował się jeszcze w pierwszym okresie DELIRUM TREMNES, tzw. STADIUM PRODROMORUM, i bywały dni, kiedy jego SENSORIUM nie odbiegało od normy i można było z nim normalnie porozmawiać.

W tamtym czasie Andrzej G. malował jeszcze dużo i miał stały zbyt na swoje obrazy. Przyjeżdżał do niego marszand z Niemiec posiadający eleganckie pejsy i brał wszystko hurtem, co tylko Andrzej namalował, płacąc jeszcze wtedy markami spore sumy. Ale z tego co wiem, to żyd wielokrotnie więcej zarabiał, bo dzieła Andrzeja G. trafiały do znanych galerii nawet za ocean.

Kiedyś tak właśnie zarobiony Andrzejek przybył po Bogusia i po mnie do Ursusa, bo lubił spożywać w kręgach artystycznych. Przyjechał taksówką ze swoją garbatą konkubiną Grażynką, ale wcześniej nabomblował się piwskiem i co chwila musiał sikać. Robił to jak prawdziwy artysta, publicznie i przy ruchliwych ulicach. Malarz stawał na chodniku trzymając ręce z tyłu. Rozpięcia rozporka, odszukania i wyjęcia instrumenciku, dokonywała garbuska, po czym czynności te powtarzała w odwrotnej kolejności do tej sprzed sikania. I tak kilka razy, bo artysta stale uzupełniał płyn w organizmie.

Jędruś mieszkał w swojej ogromnej pracowni na ostatnim piętrze wieżowca na warszawskim Ursynowie. W mieszkaniu nie było ścianek działowych, a strop podtrzymywały drewniane słupy. Trzeba przyznać, że Grażynka dbała o czystość, bo nigdzie nie stwierdziłem pyłku kurzu.

Gospodarz właściwie mebli nie posiadał, tylko kącik kuchenny był dobrze urządzony. Ale to królestwo Grażynki. Artysta sypiał na materacu, bo z łóżka spadał. A tak, z materaca do podłogi nie było daleko. Przy materacu stała wieżyczka z kamieni, którą malarz stawiał szybko i bez znaczenia, ile miał w organizmie promili. Ja tych otoczaków nie potrafiłem ustawić nawet po trzeźwemu. Było jeszcze łoże dla gości, jakaś mała szafa i sztalugi. No i oczywiście obrazy. Niemal każdy przedstawiał straszliwe smoki, potwory, które Andrzejek widywał jako żywe w stanie omamów wzrokowych (HALLUCINATIONES VISUALES). Dlatego malował te stwory niejako z natury. Szczerze mówiąc, człowiek który budzi się wśród takich obrazów na ciężkim kacu, łatwo może doznać ostrego zespołu wieńcowego, a mówiąc po ludzku – zawału mięśnia sercowego.

No więc kiedy się tam obudziłem, na szczęście była jeszcze wódeczka, którą w obfitej ilości wprowadziłem do trzewi i potwory zaczęły mi się jakoś przed oczyma rozmazywać, tracić na ostrości. To mi ocaliło zapewne marny żywot.

Andrzejek jednak miewał coraz częściej zamącenia świadomości i nietrzymanie afektów (INCONTINENTIA AFFECTIVA), przez co trafiał do szpitala psychiatrycznego. Malowanie potworów nie wyszło mu na zdrowie. Kiedyś malował smoka tak jak go widział, bo wielogłowy potwór siedział grzecznie w kącie pracowni i pozował. Ale ten znajdujący się na blejtramie, chciał Andrzejka pożreć. Przerażony malarz chwycił siekierę i ze dwie godziny walczył z potworem, bo ten opuścił obraz i nie rezygnował ze swych niecnych zamiarów. Zanim przyjechały odpowiednie służby, bo odgłosy bitwy słychać było w całym bloku, malarz zdążył porąbać w pracowni wszystko na drobny mak. Fakt ten nie przeszkodził wcale marszandowi z Niemiec kupować od Andrzejka obrazów. Za to Grażynka zabrała swoje manatki i opuściła artystę na zawsze.

Na malarza przyszły ciężkie czasy, bo nie miał mu kto matkować. Całymi tygodniami siedział w swojej pracowni nękany CYKLOFRENIĄ, i opilstwem okresowym (DISPOMNIĄ). Jednak spod jego pędzla wychodziły rzeczywiście dzieła, które musiały mieć dużą wartość, bo żyd z Niemiec bez przerwy dzwonił z pytaniem, czy Andrzejek dokończył obraz. Teraz marszand odbierał każde dokończone dzieło, by nie padło ofiarą siekiery, jak wiele wcześniej namalowanych obrazów.

Po ostatniej wizycie marszanda, Andrzejek miał plik pieniędzy, więc zaprosił innego artystę, poznanego wcześniej w „wesołym miasteczku”, jak malarz nazywał szpital psychiatryczny. Artysta przyprowadził ze sobą dwie młode, nieskromne panienki. Balanga połączona z orgietką trwała wiele dni, aż obaj artyści popadli w stan majaczenia drżennego. Obaj też ulegli złudzeniu (ILLUSIONES), że panienki mają więcej niż dwie piersi. Fakt ten panowie przyjęli raczej z radością. Jednak Andrzejek po wnikliwych oględzinach, stwierdził, że narządy płciowe dziewczyn, są usytuowane poprzecznie.

To nie mogło się dobrze skończyć. Tatuś Andrzejka miał bowiem przykrości ze strony UB. Był bity i torturowany pod nadzorem Julii Brustygier (Krwawej Luny) i do 1956r. siedział w pudle za patriotyzm.

Są różne wersje wydarzeń, które pobudzają raczej do śmiechu. W każdym razie nikomu nic się nie stało, choć wiadomo, że Andrzejek dostał ataku szału (SIVE FUROR). Ponoć odkręcony był gaz w piekarniku kuchenki. Dlatego do pracowni malarskiej przybyli przedstawiciele straży miejskiej, policji, straży pożarnej i ratownicy medyczni, którzy przebrali malarza w gustowny kaftanik i wywieźli do „wesołego miasteczka”. Tam zdiagnozowano u niego (DELIRUM INFECTIOZUM), które przechodzi dopiero po 5-6 tygodniach intensywnego leczenia.

Po wyjściu ze szpitala, Andrzej G. zyskał miano skrajnego semity, nazisty itp. Marszand już nigdy do niego nie przyjechał i nikt nie kupił ani jednego obrazu, bo drzwi „polskich” galerii są przed nim zamknięte. W Polsce można być czubkiem i alkoholikiem, co gwarantuje demokracja. Jednak nawet w demokracji, nie może być TOLERANCJI, dla niepoprawnych politycznie omamów wzrokowych

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski




http://wolna-polska.pl/wiadomosci/malar ... ju-2015-12




-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Śr gru 16, 2015 6:06 pm

Windykacja.

Wraz ze zmianami ustrojowymi polegającymi na likwidacji polskiego majątku narodowego i uwłaszczeniu żydów, szabesgoi i komuchów, powstały tzw. firmy windykacyjne.


--------------------Obrazek

Warszawa, 05.09.2012.
Wynoszenie dobytku lokatorki mieszkania z kamienicy przy ul. Hożej 1 w Warszawie



Działając zgodnie z prawem (talmudycznym), świadczą one niby usługi finansowe na rzecz wierzycieli. Oczywiście wierzycielami są tylko żydowskie instytucje. Właścicielami „firm” windykacyjnych też nie są Polacy. My nie mamy głowy do bandyckich interesów, więc prowadzą je przedstawiciele wybranego do pasożytnictwa narodu. Głównym zadaniem tych „firm” jest ściąganie wierzytelności lub haraczy od osób prywatnych i różnych zadłużonych polskich przedsiębiorców. Od początku lat dziewięćdziesiątych, pod płaszczykiem ściągania „długów” przy pomocy gangsterskich metod, „firmy” windykacyjne zajmowały się głównie szpiegostwem gospodarczym. Otóż specjalnie przeszkoleni agenci, mając dostęp do księgowości zadłużonych polskich przedsiębiorstw, badali ich kondycję finansową. Te nieocenione dane trafiły do różnych koszernych ośrodków na Zachodzie, by później wykorzystywać je podczas grabieży polskiego majątku nazywanej prywatyzacją.

Na całym świecie szpiegostwo jest poważnym przestępstwem, traktowanym jako zbrodnia. Ale nie w Polsce. U nas rezyduje około 10 tys. agentów Mossadu i nikt nie zakłóca im swobodnej działalności. Ba, ci urodzeni zbrodniarze, którzy sadyzm swych wymyślnych tortur i zbrodni wyssali z mlekiem żydówek, są pod szczególną ochroną władz RP, czyli renegatów.

ABW rozbudowana do potęgi SB nie była zainteresowana działalnością „firm” windykacyjnych. Pracą Mossadu interesować się też nie może wg takiej samej zasady jak komunistyczne SB nie mogło wchodzić w kompetencje sowieckiego KGB.

Obecnie, kiedy Polska została już rozkradziona, tzw. firmy windykacyjne zajęły się niemal wyłącznie ściąganiem prawdziwych lub wyimaginowanych długów. Niestety, ostatnio sam padłem ofiarą hien i szakali z „firmy Intrum Justitia, spółki z talmudyczną odpowiedzialnością.

Wszystko zaczęło się od telefonu komórkowego, który zakupiłem w sklepie firmowym Plus GSM. Po jakimś czasie komórkę mi ukradziono i zanim się zorientowałem, złodziej porozmawiał sobie za sumę ok. 440zł. Znowu udałem się do sklepu Plusa w Warszawie, gdzie podpisałem stosowną umowę i otrzymałem nowy telefon za złotówkę, a należność z tytułu gadulstwa złodzieja, rozłożono mi na raty.

Od czasu podpisania nowej umowy, regularnie zasilałem konto. Ostatniej wpłaty dokonałem w kasie wspomnianego sklepu firmowego, na co mam pokwitowanie. Mimo zasilenia konta, telefon został mi wyłączony i to na stałe. Na moją reklamację, do której dołączyłem fotokopię dowodu wpłaty odpowiedziano błyskawicznie notą obciążeniową w wys. 290zł 69gr. za rzekome niedotrzymanie umowy.

Zaczęła się długa korespondencja z centralą Plusa, w wyniku której anulowano mi karę, domagając się jednak ostatniej raty w wys. 81,23zł jako należność z poprzedniego telefonu. Kwoty tej nie wpłaciłem do dziś, ponieważ w sposób bezczelny zablokowano mi telefon, gdzie miałem na koncie zaoszczędzone 70zł, plus 30zł wpłacone jako kolejna rata. Tym sposobem chciałem zrekompensować stratę, a różnicę 20zł wspaniałomyślnie podarowałem Polkomtelowi, by już nigdy nie mieć z tym złodziejskim operatorem do czynienia.

W wyniku dalszej korespondencyjnej awantury wyjaśniono mi, że reklamację odnośnie zaginionych w niewyjaśnionych okolicznościach 30zł, powinienem zgłosić spółce „Liberty”, która zajmuje się inkasowaniem (kradzieżą) pieniędzy w sklepie firmowym Plus GSM (Polkomtel), na którym widnieje duży napis i logo operatora. Kwotę moich oszczędności na koncie wyłączonego telefonu pomijano milczeniem. Zostałem również pouczony, że mogę dochodzić swoich praw w sądzie. Jednak zgodnie z mentalnością Kalego, Polkomtel nadal usiłował wyłudzić ode mnie kwotę 81,23zł grożąc firmą windykacyjną, odsetkami, kosztami sądowymi i adwokackimi, babą Jagą, Gargamelem i innymi potworami.

Ostatecznie przysłano mi pismo zawierające informację o przekazaniu moich danych jako osoby niewiarygodnej do Biura Informacji Gospodarczej, Krajowego Rejestru Długów i Europejskiego Rejestru Informacji Finansowej.

Teraz jako osoba niegodna żydowskiego zaufania, żaden bank nie udzieli mi kredytu. Pozbawiono mnie zaszczytu polegającego na łasce braku możliwości dojenia mnie przez żydowskich lichwiarzy. Mamy tu jednak pewną wątpliwość, bo przecież każdy goj powinien płacić lichwiarzom haracz, do czego zachęcają reklamy i codziennymi telefonami lichwiarskich naciągaczy. Pozbawienie więc żydostwa upragnionych paskarskich odsetek, a może możliwości odebrania mieszkania dla przyjezdnej swołoczy, jest wszak aktem antysemityzmu.

Mimo zastosowania powyższej „szykany”, niebawem otrzymałem groźnie brzmiące pismo z Intrum Justitia podpisane przez Agnieszkę Wrzosek, menadżera zespołu operacyjnego. Menadżer, to w żydowskiej grypserze kierownik, herszt, lub jakieś inne bydlę, które posiada uprawnienia decyzyjne. Oni co prawda jako antypolscy rasiści tytułują się wielkimi literami, ale nawet wyraz prezydent w jęz. polskim pisze się małą literą, chyba że ktoś się do prezydenta zwraca pisemnie, lub chce wyrazić szacunek. Ja niestety nie posiadam szacunku dla kolaborantów i zdrajców, którzy dręczą Polaków, więc żadnego łachudry nie będę tytułował wielką literą. A celem „zespołu operacyjnego” żydówy Wrzosek miała być operacja wyłudzania ode mnie ponad 100zł.

Od tej pory, niemal codziennie odbierałem telefony z pogróżkami. Dzwoniło kilka sk…synów, m. in. nijaki p. Kapłon (kapłon, to wykastrowany młody kogut). Na początku straszono mnie sądem, co kwitowałem krótko: – To won do sądu! To ich wcale nie peszyło. Ja do dzwoniącego: – „Won do sądu”, a on: – „Nie będzie nam pan dyktował, co mamy robić”. I tak w kółko, w końcu obrzezane ryje się zamknęły. Nastała cisza, więc może dali sobie spokój.

Co miesiąc otrzymywałem też pisemka, a w nich wezwanie do osobistego stawiennictwa, a to propozycja rozłożenia rosnącego „długu” na raty, wreszcie zawiadomienie o „przeprowadzeniu działania w terenie, takich jak obserwacje, oraz wykonanie dokumentacji fotograficznej Pana majątku, celem wskazania komornikowi obiektów mogących zostać poddanymi licytacji”. Pismo podpisane przez menadżera zespołu operacyjnego Agnieszkę Surowiec kończy się ostrzeżeniem: „ Ukrywanie się przed wierzycielem jest bezcelowe!”.

Tymczasem ja się nie ukrywałem, tylko wraz ze swoim psem oczekiwaliśmy na niespodziewaną wizytę inspektora terenowego , który miał dokonać windykacji (napaści fizycznej połączonej z grabieżą). Byłem o tym uprzedzony pisemnie i telefonicznie. Podczas rozmowy telefonicznej, poinformowałem dzwoniącą do mnie hienę, że mój pies chętnie wygryzie kawał dupska tzw. inspektorowi terenowemu. Przeto doradzam, aby p. inspektor przed niespodziewaną wizytą, którą potraktuję jako bandyckie najście na dom, wysmarował się wilczym sadłem. Sam również nie będę bierny przed czynną napaścią i „inspektor terenowy” zostanie nie tylko obrzezany, ale jak kapłon wykastrowany. Szanownym Czytelnikom wyjaśniam, że na Kresach Wschodnich złodzieje smarowali się wilczym sadłem, aby nie zostać pogryzionymi przez sforę psów pilnujących dobytku.

Cała działalność tzw. firm windykacyjnych polega na nieustannym zastraszaniu, nękaniu psychicznym itd., co w państwach prawa jest przestępstwem. Podobno w Polsce tego typu działania też są prawem zabronione. Tylko, że Polska jest państwem prawa jedynie w nadętych gębach rządzących. A jak się do problemu windykacji odnosi Konstytucja?

Otóż art. 46 mówi: „Przepadek rzeczy może nastąpić tylko w przypadkach określonych w ustawie i tylko na podstawie prawomocnego orzeczenia sądu”. I art. 50: „Zapewnia się nienaruszalność mieszkania. Przeszukanie mieszkania, pomieszczenia lub pojazdu może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony”.

Niestety, nasze społeczeństwo nie zna swoich praw, co daje ogromne możliwości żydowskim pasożytom. Zagubieni, zastraszeni ludzie mylą windykatorów z komornikiem i płacą. Płacą również horrendalne odsetki, itp. Pomijając moją sprawę, znane są przypadki ciężkich przestępstw popełnionych przez windykatorów. Wtedy należy (mimo zastraszenia) bezwzględnie powiadomić organy ścigania. A swoją drogą – jaki to gatunek ludzi zajmuje się „pracą” polegającą na dręczeniu psychicznym i zastraszaniu za drobne sumy kogoś z reguły biednego, słabszego, schorowanego, kto nie potrafi obronić się przed pazernością hien?

Odpowiedź jest taka: To nie Polacy i nie chrześcijanie. To ten sam gatunek, z którego wywodzili się volksdeutsche, policjanci żydowscy w gettach, zdrajcy, kolaboranci sowieccy, tajni współpracownicy UB i SB, ormowcy, a dziś kosmopolici i szabesgoje liżący tyłki swym żydowskim poplecznikom i pracodawcom. A więc Rodacy – orczyk w łapy i ganiać swołocz po wsi! Bo pamiętajcie: Swołocz niczego nie pojmie, dopóki nie zaliczy orczykiem w łeb. I przestańcie wreszcie bać się bydła. Zapisujcie dane personalne i miejsce zamieszkania tego ludzkiego gnoju. Obiecuję, że kiedyś to się przyda, bo historia lubi się powtarzać.

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

http://wolna-polska.pl/wiadomosci/windy ... ju-2015-12



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Cz gru 17, 2015 6:24 pm

Jak spędzić święta.
Poradnik dla bezdomnych i bezrobotnych.



Chodziły słuchy, że w związku z drożyzną i inflacją mają być podniesione zasiłki dla osób pozostających bez pracy z przyczyn długotrwałej choroby, niepełnosprawności itp. Pogłoski takie rozpowszechniane były przez pracowników Ośrodków Opieki Społecznej tuż przed wyborami prezydenckimi. Kto w te banialuki uwierzył, powinien zostać moim pacjentem.

--------------------------------------Obrazek


Nie myślcie jednak, że dostaniecie się do szpitala psychiatrycznego i tam spędzicie święta na krzywy ryj. Co to – to nie, bo szpitale są przepełnione ludźmi chorymi na depresję i niedoszłymi desperatami usiłującymi popełnić samobójstwo z dobrobytu. Bo przecież według NICH jest wspaniale, lepiej niż za Gierka. I nawet nie kłamią, bo IM jest lepiej.

Za komuny, oprócz gruźlicy i chorób wenerycznych, choroby psychiczne należały do tzw. chorób społecznych i leczone były bezpłatnie, a nawet przymusowo. Obecnie nikogo nie wolno zmuszać do leczenia, a w przypadku braku ubezpieczenia za leczenie trzeba płacić. Tak więc w nowoczesnym państwie liberalnym, praktykujący czubek może biegać z siekierą po ulicy, zarażać na dyskotekach naćpane panienki syfilisem i pies z kulawą nogą go nie ruszy. Chyba, że przedrze się przez ochronę i sforsuje drzwi do Fundacji Batorego, Nissenbauma lub podobnej instytucji. Wtedy zabezpieczy sobie wiele świąt na państwowym wikcie, bo oskarżą go o terroryzm.

Na opiekę społeczną nie ma więc co liczyć, bo budżet tych ośrodków zwiększony nie będzie, a obszary nędzy gwałtownie się powiększają. Przewiduję (choć nie mam daru jasnowidzenia), że w przyszłym roku ONI zredukują wydatki na opiekę społeczną, choć przed wyborami parlamentarnymi znowu pojawią się pogłoski o zwiększeniu świadczeń. Wbijcie sobie wreszcie w durne łby, że ONI działają w myśl podstawowej zasady: My jesteśmy zawsze za tym – zabrać biednym, dać bogatym!

ONI muszą obciąć wydatki na opiekę społeczną, bo mają dziurę w budżecie. Dziura zrobiła się, bo w czasie kryzysu Tusk musiał wpompować w żydowskie banki kilka ciężarówek banknotów, aby ludzie mogli brać kredyty i dzięki nim powiększyć armię bezdomnych. Ponadto, jeśli podrożał chleb o 20 gr, to trzeba było również wyrównać pensje prezesom banków, zarządom spółek itd. Jak prezes banku zarabiał 300 tys. zł, to teraz 400. Najpazerniejsi zarabiają 700 tys. i więcej, a niebawem osiągną milionową pensję. Ale Wam nic do tego, boście głupie goje. Trzeba było się obrzezać, zarabiać szmal i nie musielibyście obchodzić Wigilii.

Teraz, w przerwie pisania, przez chwilę oglądałem zakłamane oblicze Tuska w swoim czarno – białym, 14 calowym telewizorku i od razu napisałem wierszyk. Ja tutaj się przyznam, że pan premier i jego otoczenie uważają mnie za grafomana, chociaż moje bajki dla dzieci są chętnie kupowane. Jednakże dzięki obecnej ekipie rządzącej, odczuwam nasilenie weny twórczej i jest to jedyny powód, za który wyrażam wdzięczność całej Platformie.

TUSK I DZIURA

Nie wiem, czy Wy o tym wiecie –

wielka dziura jest w budżecie.

Tusk się dwoi, czasem troi,

tu obetnie, tam okroi,

a rządzący z nim lampasy,

chcą już sprzedać polskie lasy!

Dziura wcale nie maleje,

na nagrody szmal się leje;

i pensyjki kominowe,

co moralnie jest wszak zdrowe.

Wciąż bogacą się bogaci,

a nas puści Tusk bez gaci.

Ma już pomysł Kaszub nowy,

jak szmal zabrać biedakowi:

– Ja podatek wam dopieprzę,

bo za darmo jest powietrze!

– Będziesz płacił polski chamie,

za swobodne… oddychanie.

Nie wiem jeszcze z czego nas rządzący ograbią, ale mają ogromny sztab cwaniaczków od matactwa, więc sobie poradzą. Dla ogłupionego kłamliwą propagandą przeciętnego obywatela, Ojczyzna kończy się za progiem jego domu. Polacy uznali swą bezradność, głosują tak jak im nakazują wytrawni specjaliści od socjotechniki i manipulacji, a później trudno im się nie zgodzić z przewrotnym argumentem:

Na Platformę lud głosuje,

więc niech teraz nie pyskuje!

Tak czy inaczej, musicie drodzy Nędzarze w Święta liczyć tylko na siebie. O godziwym zarobku nie ma co marzyć. Jak każdy z nas wie, zbieranie puszek, to żaden interes, bo ogromna konkurencja spowodowała obniżkę ceny za kilogram. Kilka lat temu można było uzyskać nawet 4,8 zł, a teraz 3 zł, to dobra cena. Butelek po piwie jest pełno, ale sklepy nie chcą przyjmować. Cena makulatury jest haniebnie niska, 10 gr za kilogram, a szmat już nikt nie skupuje. Proceder żebractwa jest mało opłacalny, bo ludzie nie chcą już dawać, poza tym będzie konkurencja owsiakowców.

Co więc robić? Należy wykazać się inicjatywą i nie czekać jak coś samo spadnie z nieba. Choinkę bierzemy z lasu, dopóki jeszcze można. Za parę lat szczuć będą dobermanami, więc trzeba korzystać. Zresztą ktoś dopilnuje, aby lasy były niepolskie i tam już choinek nie będzie. Będzie roślinność stepowa, dzikie pola, może składy z toksycznymi odpadami.

Zabawki na choinkę robimy z tego, co znajdziemy na śmietniku. Tu ogryzek, tam obierka i Wam będzie jak za Gierka!

W Wigilię jest post, więc suchy chleb, moczony w wodzie, powinien wystarczyć. Ale Święta, to co innego! Każdy prawdziwy mężczyzna, powinien nauczyć się łowić i polować. Aby łowić, należy zrobić sobie wędkę. Bierzemy długi, najlepiej leszczynowy kij, na końcu mocujemy sznurek z kotwicą i ze swojego węzła ciepłowniczego, lub pustostanu idziemy na miasto. Teraz wszystko zależy od Waszego szczęścia i zręczności.

Bezrobotny kolega Mruczek z Pruszkowa łowił tym sposobem zające, króliki i inne bażanty wiszące na balkonach. Jego konkubina, niejaka Botwina, wypatrzyła raz na balkonie gar bigosu. Chociaż to parter, musiała się sporo natrudzić, by gar zdjąć, bo była niskiego wzrostu. Ale warto było. Wyżerkę mieli przez całe Święta!

Bezdomny kolega Rajtuz z Rzeszowa, nie ma kłopotów z jedzeniem, bo z prywatnej jatki dostaje pozieleniałe ochłapy. Z początku wzdrygał się na myśl o konsumpcji, ale podpatrzył pracowników hipermarketów, jak ci myją i moczą wędliny i mięso w roztworze ludwika, lub tańszych płynów do mycia naczyń. Po takich zabiegach wyroby wyglądają prawie jak nowe! Rajtuz gotuje więc w swoim kociołku mięsko i ma co jeść. Problem jest tyko taki, że woń gotowanego mięsa, która jest wyczuwalna w odległym Łańcucie, powoduje, że uciekają szczury będące również doskonałym źródłem protein.

Docent Szczurek, z którym przeprowadziłem niedawno psychoterapię, stracił posadę wykładowcy na uczelni, bo okazał się antysemitą. Docent mieszka gdzieś w lochach pod centrum Warszawy i odżywia się szczurami. Jako wybitny naukowiec twierdzi, że szczury są bardzo smaczne i można z nich robić wytworne dania. W smaku przypominają kurczaka. Złapanego szczura bierzemy za ogon i zabijamy uderzając głową o ścianę kanału. Następnie odcinamy łeb i ogon (najważniejsze – odciąć ogon) i moczymy 10 minut w wrzątku. Po tym czasie sierść łatwo schodzi. Następnie szczura patroszymy, dzielimy i pieczemy z dodatkiem soli. Dobrze jest dodać przypraw Kamis, które można zakosić w hipermarkecie. Przypominam, że zgodnie z zasadą, kiedy złodziej okrada złodzieja, pan Bóg się śmieje – kradzież przypraw grzechem nie jest. Tym bardziej, że właściciel supermarketu nie zna słów Chrystusa, traktujących, iż z bliźnim jedzeniem należy się dzielić. Zresztą właściciel geszeftu, Chrystusa nienawidzi, więc nie ma o czym mówić.

Kiedy mamy już zapewnioną michę, należy pomyśleć, o czymś dla ducha. Tylko nielicznych stać na mózgotrzepa, dlatego należy zaopatrzyć się w denaturat, nazywany potocznie dyktą. Niech Was nie martwi kolor. Kilka kropel ace, lub wybielinki wystarczy, by kolorek znikną. To działa, bo sam wypróbowałem. W niektórych sklepach można już kupić dyktę bezbarwną, która nazywa się białą damą. Niech Was nie przeraża bukiet trunku, bo bywają gorsze zapachy. Zresztą po 2-3 setach bukiet znika i pozostaje tylko błogostan.

Mamy już wikt i trunek, więc trzeba zapewnić sobie świąteczną zabawę. W tym celu bierzemy ze śmietnika kilka numerów Wyborczej, wycinamy zdjęcia osobników, których Michnik wychwala pod niebiosa i przyklejamy na ścianie. Zabawa nazywa się: „totalizator plucia na szubrawca”. Umieszczamy największą kreaturę w centrum zdjęć i punktujemy najwyżej. Plujemy na długość ramion, kiedy musimy być oparci o ścianę.

Nie radzę stawać w zawody z koleżanką Hanką Kobylichą, bo ta w pluciu jest najlepsza. Przed wyborami zdobyła mistrzostwo Dworca Centralnego, plując na wizerunki kandydatów z najważniejszych partii. Niestety Kobylicha była tak zapalczywa, że wypluła sztuczną szczękę, która spadłą na dach pociągu zmierzającego do Białegostoku. Uczciwego znalazcę prosimy o odwiezienie szczęki na Centralny, bo to był cały majątek Kobylichy. Ale pytajcie już o Kichę Szczerbichę, bo koleżance zmieniliśmy ksywę.

Wygląda na to, że wszyscy spędzimy święta godnie, wesoło, a nawet wytwornie. Aby w następnych latach było tak samo, zastosuj się do hasła:

„Życie będziesz wiódł wytworne, gdy wybierzesz znów Platformę!”

Czterem milionom niedożywionych Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie, życzę wiary, nadziei, miłości i mimo wszystko uśmiechu.




Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/jak-s ... ki-2015-12



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » Cz gru 24, 2015 4:42 pm

Zimowa róża.


---------------------------Obrazek



Tamtego roku zima przyszła wcześnie. Taka normalna – śnieżna, mroźna. Ku radości dzieciaków, już od początku grudnia, wszędzie było pełno czystej, puchowej bieli okrywającej świat. Tęgie mrozy trzymały kilka dni. Później zrobiło się jakby cieplej. Niby przyszła lekka odwilż, ale taka z wilgotnym, przenikliwym wiatrem, potęgującym wrażenie chłodu.

Oto ruchliwa ulica w centrum Warszawy. Samochody rozbryzgują brudny, topniejący śnieg. Opatuleni ludzie chyłkiem przemykają do domów, do ciepła. Nikt nie zwraca uwagi na wystawy ekskluzywnych sklepów za ogromnymi taflami szyb. Jakaż mnogość towarów, jakiż wybór. A jakie ceny!

Przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia. Umówiłem się z kolegą, bezrobotnym dziennikarzem. Tak, bezrobocie dotknęło również i tę grupę zawodową. Dotyczy to przede wszystkim starszych, z dużym doświadczeniem. Dzisiaj nikomu nie potrzebni, znakomici żonglerzy słowa. Nikt już nie chce pięknej polszczyzny, tylko sensacji – pisanej choćby niezrozumiałym bełkotem. To jest w cenie.

Kolega się spóźnia. Może znalazł pracę? W Urzędzie Pracy obiecali mu zatrudnienie przy odśnieżaniu. Nie miał skąd zadzwonić, uprzedzić. Już od dawna jego telefon jest głuchy. Czekając, lustruję okolicę. Lubię obserwować ludzi. Ale w taki ziąb – cóż ciekawego może się wydarzyć?

Przez szybę wystawową widzę młodą kobietę przymierzającą futro w salonie. Już trzecie. Każde w cenie małego samochodu. Damulka w grymasie wykrzywia usta. Jest wyraźnie niezadowolona. Dużo starszy od niej mężczyzna, który mógłby być jej ojcem, a nawet dziadkiem, patrzy obojętnie znudzony. Dwie ekspedientki pomagają, zakładają i zdejmują kolejne futra, zapinają guziki. Jutro Wigilia, pewnie to futro ma stanowić prezent gwiazdkowy.

Kolega jest spóźniony dopiero 15 minut. Wiatr się wzmaga, zaczyna padać deszcz ze śniegiem, ale będę czekał. Kiedyś czekałem 45 minut i spóźnialski przyszedł. Wtedy to mi bardzo zależało na tym spotkaniu. Zresztą, co za różnica? Będę czekał i już.

Zaglądam przez ogromne okno do kawiarni hotelowej. Dobrze jest pomyśleć, że chociaż innym ciepło. Do stolika, gdzie siedzi gruby, rudy mężczyzna, przychodzi młodziutka, piękna kobieta w kusej spódniczce. Modelka? Może, ale na pewno nieznajoma faceta.

W sklepie na damulkę zakładają następne futro. Jej mężczyzna żuje gumę – wolno, ledwie porusza szczękami jak krowa na pastwisku. Rozpiął swój długi, niemal do kostek, płaszcz. Na palcu lśni ogromny, złoty sygnet. Przez ten sygnet zauważyłem czarne prążki pod paznokciami. I te brudne buty…

I znowu wzrok kieruje się na parter hotelu. Kelner nalewa koniak do kieliszków, do szklanek coca – colę. Widzę czarną butelkę i złotą etykietkę. To na pewno koniak. Ale z coca – colą? Taki gust może mieć tylko Rusek albo Amerykanin. A początkowo myślałem, że to Niemiec, albo Irlandczyk. W każdym razie Europejczyk.

Obok sklepu zatrzymała się jakaś skulona kobiecina. Krótka, czerwona kurteczka ze skaju, grube prążkowane rajstopy, przemoczone adidasy. Bezrobotna? Bezdomna? A może dwa nieszczęścia w jednym? Ile ona może mieć lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Może ją postarzają sine z zimna usta, długa blizna na policzku, smutne oczy?

Wzrok sam kieruje się na piękność w hotelowej kawiarni. Ślicznotka dyskutuje o czymś z grubasem zawzięcie. Rudzielec pokazuje jej klucz z numerem pokoju. Dziewczyna uśmiecha się, pokazując równy rząd bielusieńkich ząbków. Co ona widzi w tym spoconym, obleśnym grubasie? Może on ma wspaniałe poczucie humoru, bo dziewczyna cały czas się śmieje? Rudy przywołuje kelnera, rzuca na stolik kilka banknotów i kieruje się do wyjścia, za którym, przez ułamek sekundy, dostrzegłem drzwi windy.

Patrzę na zegarek. Psia krew! – już 20 minut czekam. Przyjdzie czy nie?

Zaczęło szarzeć. Ale oto w tej chwili, do biednej kobieciny, podchodzi taki sam biedak. Podobne adidasy, za szerokie, przykrótkie spodnie, kurtka wiatrem podszyta. Szybko dał znajomej krótkiego buziaka. Ze starego futerału wyjmuje skrzypce. I coś jeszcze. Z ciekawości podchodzę kilka kroków bliżej. To piękna, czerwona róża. Kobieta patrzy to na swojego mężczyznę, to na śliczną różyczkę. Oczy jej lśnią, a na zmarzniętej buzi rozpromieniał uśmiech. Uśmiech niebywałego szczęścia, jakiego być może wcześniej nie znała. Teraz dopiero zauważyłem, że ona jest jeszcze całkiem młoda i wcale nie taka brzydka, jak się wydawało. I znowu powraca to samo pytanie: – ile ona może mieć lat? Trzydzieści, może trzydzieści pięć? Nie więcej.

On tym czasem wyjął skrzypce i zaczął grać. Rozległa się muzyka: smutna, tęskna, nawet żałosna. Wcale niepasująca do tej sceny. Kobieta patrzyła na swojego grajka z miłością. Chyba zapomniała o przenikliwym zimnie, bo już nie była taka skulona. Teraz włożyła różyczkę do futerału i trzymała tak rozłożone pudło, do którego czasem jakiś przechodzień wrzucił drobną monetę.

Spojrzałem na szybę kawiarni. Do długonogiej piękności podeszła jakaś druga, znacznie starsza. O coś zaczęły się kłócić. Ładna buzia wyrażała zawziętość i wrogość. Druga damulka tak pyskowała, aż trzęsła się jej strzecha tlenionych włosów. A jutro Chrystus się rodzi – pomyślałem. I zaraz przyszła druga myśl: – Czy te panie są naprawdę ładne?

W pewnym momencie ta, która rozmawiała z rudzielcem popatrzyła na zegarek i wybiegła tymi samymi drzwiami, którymi wyszedł jej rozmówca. W drzwiach zdążyła się odwrócić i jeszcze coś krzyknęła do blondyny. Potem skierowała się do windy i znikła.

W tym czasie damulka w salonie, wybrała wreszcie futro. Jej starszy amant wyjął z kieszeni płaszcza rulon banknotów spięty gumką, potem drugi i odliczał. Dziewczyna najpierw namiętnie ucałowała starszego jakieś 40 lat faceta w usta, później coś szczebiotała mu do ucha. A on liczył mamonę i liczył. Wreszcie zapłacił i z wielkim tobołem wyszli, obojętnie przechodząc obok grajka i kobiety z różyczką.

– Na takich, to biedak się nie pożywi – pomyślałem. Znalazłem w portmonetce całą złotówkę, podszedłem i wrzuciłem do futerału. Wtedy zauważyłem, że w skrzypcach muzyka nie ma jednej struny, a dźwięki wychodzą czyste, bez nuty fałszu. Paganini, czy co? Bez jednej struny byle kto nie zagra. Absolwent konserwatorium?

Moje rozmyślania o muzyku, przerwało nagle wycie syren alarmowych, jakby gdzieś wydarzyła się ogromna katastrofa. Błysk świateł, wycie sygnalizacji w różnych tonach, klaksony. Jeden wóz policyjny, drugi, trzeci, czwarty (!), dopiero później limuzyna, a za nią znów kilka dyskotek. – Oho, Tusk, albo inny Komorowski śpieszy do koleżków na śledzika – pomyślałem. Ale strach trzęsie dupskiem. A przecież to nie naród jest specjalistą od zamachów! Naród, chociaż ma tysiąc powodów, to nie jest krwiożerczy. Bonza mógłby chodzić normalnie po ulicy, najwyżej ktoś naplułby mu gębę za to, że doprowadził do bankructwa Polski. Ale o bankructwie ogół społeczeństwa dowie się, kiedy nie tylko będzie miał rękę w nocniku, ale kiedy zacznie topić się w żydowskim gównie. Rządzący gangsterzy i tak zwalą winę na poprzedników i kosmitów.

Zrobiło się przenikliwie zimno. Kobieta z różyczką zaczęła dygotać i chuchać w ręce. Muzyk popatrzył na nią, zgarnął drobniaki do kieszeni i schował skrzypce. Przytulił kobietę z różyczką i poszli.

Mój kolega nie przyszedł. Dopiero teraz, po kilku tygodniach dowiedziałem się, że umarł. Romuald Falkiewicz, były dziennikarz, byłej „Zorzy” – tygodnika katolickiego. Chorował na cukrzycę. Umarł z nędzy, bo nie stać go było na insulinę. Był patriotą i publicznie to okazywał. Wystarczający powód, aby człowieka zgnoić, odciąć od wszelkich źródeł dochodów, zagłodzić. Romuald, to następna ofiara systemu i jego narzędzia – terroru ekonomicznego. Poprawni politycznie nie wycierali nim sobie gęby, jak Ratajczakiem, więc był mniej znany. Jest demokracja, więc nikt nie strzela w tył głowy i nie więzi. Teraz modne są samobójstwa. Seryjne i piątkowe, zawsze w szabas, jako cześć rytuału określającego zwycięstwo nad prawdą i przeciwnikiem. Są elementem kabały, lub jej wynikiem. Nowoczesne metody są doskonałe. Cichutko, bez rozgłosu i bez obawy, że ktoś będzie kiedyś ścigał za zbrodnie.

A mnie jest przykro, że nie wiedziałem o pogrzebie. Zaniósłbym koledze na pożegnanie taką czerwoną, zimową różyczkę. Na więcej mnie nie stać.

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/zimow ... ju-2015-12



-
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Re: Dyżurny Psychiatra Kraju

Postprzez krzysiek4 » So gru 26, 2015 7:52 pm

Wigilijna opowieść.



Obrazek


Dzisiaj Gołąbki to gęsto zabudowane osiedle na zachodnim skraju Warszawy. Ale dawniej były uroczą podwarszawską osadą zatopioną w zieleni ogródków. Centrum Gołąbek stanowiły stare wille i domy szacownych rodzin przedwojennej warszawskiej inteligencji. Tu miał swój dworek premier i minister skarbu RP, pan Władysław Grabski. Tu również mieszkał aż do śmierci w 1953r. prezydent Stanisław Wojciechowski. Obaj ci panowie to wybitni polscy narodowcy, czego nie można powiedzieć o ich prawnuczce niejakiej Małgorzacie Kidawie-Błońskiej. Zresztą przed wojną Gołąbki były miejscem osadnictwa ludzi z obozu narodowego, dlatego tu niegdyś panował wspaniały, patriotyczny klimat.

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, na pustych parcelach zaczęli budować swoje domki nowi przybysze. Niektórzy wcześniej sprzedali swoje gospodarstwo rolne, by szukać lepszego życia w mieście. I nas los obdarzył szczodrze wspaniałymi sąsiadami. Byli to państwo Marciniakowie, ludzie wyjątkowi. Nigdy nie przedkładali własnych korzyści nad interes innych, a dobro ogółu liczyło się bardziej niż własne.

Dziadek Marciniak był ogrodnikiem. W Gołąbkach każdy miał ogród i wszyscy czuli się po trosze ogrodnikami, ale przychodzono, by oglądać wyhodowane przez dziadka porzeczki. Były to krzewy z owocami wielkości winogron. Pamiętam, że każdy chciał mieć takie kiście owoców u siebie, toteż ludzie przyjeżdżali czasem z odległych stron, by zdobyć choć jedną szczepkę z niezwykłej rośliny.

Tajemnica sukcesu polegała na tym, że dziadek Marciniak wkładał całe swoje serce we wszystko co robił. Pamiętam, że każdą roślinę dotykał delikatnie, z ogromną czułością. Tak jakby kąpał i przewijał niemowlę.

W gołąbkach, wbrew socjalistycznej doktrynie dotyczącej sprawiedliwości społecznej, widać było dysproporcje majątkowe mieszkańców. Na naszej ulicy, naprzeciwko willi żydowskiej rodziny prawników i posiadłości właściciela garbarni, miała swoją chatkę babcia Listkiewiczowa. Chatka, to wyrażenie dość wytworne jak na określenie drewnianej budki obitej papą.

Babcia żyła z uprawy truskawek. Jej poletko nie było zbyt wielkie, dlatego dochody pani Listkiewicz ledwo wystarczały na nędzną wegetację. Babuleńka musiała utrzymać jeszcze psa, który z pełnym poświęceniem pilnował biedy. Stare, rude, wierne psisko mieszkało w beczce obok domku. Patrząc z daleka na elementy tej małej architektury, trudno było rozstrzygnąć, czy to beczka czworonożnego Diogenesa była tak wielka, czy też chatka taka maleńka.

Mijały lata. Coraz trudniej było uprawiać babci swoje poletko i z każdym rokiem staruszka stawała się coraz bardziej przygarbiona. Chyliła się ku ziemi, jakby ta ziemia chciała ją wchłonąć, jakby upominała się o swoją własność. Stara kobieta nie poddawała się, aż przyszła wczesna i mroźna zima. Staruszka raz na kilka dni brnęła przez zaspy do sklepu po chleb. Duma i upór w walce z własną bezsilnością nie pozwoliły jej prosić o pomoc sąsiadów.

Zbliżało się Boże Narodzenie. Ludzie pochłonięci przygotowaniami do świąt, opętani manią zakupów zapomnieli o biednej kobiecie. Ale nie wszyscy. Oto w mroźny wieczór wigilijny, kiedy pani Marciniakowa zgodnie z tradycją ustawiła na stole pusty talerzyk, jej mąż ubrany już odświętnie, podreptał po starą samotną kobietę.

Pani Listkiewicz spędziła po raz pierwszy od wielu lat uroczystą wieczerzę wśród prawdziwych przyjaciół, ze wspaniałą katolicką rodziną. Nikt wtedy nie wiedział, że była to jej ostatnia Wigilia. Tej zimy jeszcze wiele razy staruszka przychodziła na łyżkę gorącej strawy, a w największe mrozy pomieszkiwała nawet u państwa Marciniaków.

Obrazy tamtych lat stają się niewyraźne jak pożółkłe amatorskie fotografie, których autor zapomniał ustawić ostrość obiektywu. Twarz pani Listkiewiczowej zasnuta woalem niepamięci jest niewidoczna. Ale wyraźnie widzę jej ręce, pomarszczone, z wyraźnymi czarnymi bruzdami. Palce spękane od ciężkiej pracy liczą grosiny za łubiankę pięknych, soczystych, połyskujących czerwienią truskawek.

W zakamarkach pamięci widzę dziadka, jego charakterystyczny chód, słyszę pochrząkiwanie wśród aromatycznych róż i niespotykanych porzeczek. I jeszcze jawi mi się Aniela Marciniak, cicha inspiratorka szlachetnych poczynań.

Dziś, w dobie braku autorytetów moralnych, w świecie przepełnionym egoizmem, zdawałoby się łatwiej znaleźć kwiat paproci niż wrażliwe ludzkie serce. Dlatego nie szukajmy autorytetów wśród bękartów antychrysta w diabelskiej telewizji, kolorowych żydowskich piśmidłach, komputerach. Szukajmy ich wokół nas – prostych ludzi. I niech smutek nas opuści, bo Chrystus na świat przychodzi!

A kiedy na stałe zamieszka w naszych sercach, sami będziemy autorytetami moralnymi.

Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/wigil ... ki-2015-12







Obrazek


W wigilijny wieczór.



Gdzieś w dalekiej Palestynie,
Gród Betlejem cudem słynie.
Rodzi się dziś nam Pan Świata –
Wszystkich ludzi będzie bratał.
Idą Mędrcy przez bezdroże,
By powitać Dziecię Boże.
Gwiazda świeci jasno z nieba,
W którą stronę nam iść trzeba?
Narodził się Jezus mały,
By świat stał się doskonały.
A Trzech Króli w małej szopce,
Daje cześć przed małym chłopcem.
Dziś czekamy pierwszej gwiazdy,
By radować się mógł każdy.
Wypatrują wszystkie dzieci,
Kiedy gwiazda ta zaświeci.
– O, już błyszczy jak należy!
Można zasiąść do wieczerzy.
Wielka w domach naszych radość
I tradycji będzie zadość.
Aż dziw bierze inne kraje,
Na te polskie obyczaje.
Stół nakryty należycie,
Jedno wolne jest nakrycie.
Bo gdy przyjdzie ktoś zdrożony,
(Choćby całkiem nieznajomy,
To jest naszą powinnością
Dać gościnę takim gościom.
Na początku, mama z tatkiem,
Zawsze dzielą się opłatkiem.
Później wszyscy domownicy –
Wzajem każdy szczęścia życzy.
Najsmaczniejsze postne dania,
O czym powiem w kilku zdaniach,
Bo na samo dań wspomnienie,
Aż mnie drażni podniebienie.
A więc barszczyk jest z uszkami
I półmisek z pierogami.
Kluski z makiem i krokiety
I znajomy jest niestety.
Bowiem karp, co pływał w wannie,
Upieczony jest w brytfannie.
I w mundurkach są ziemniaki
I ze śledzi też przysmaki:
Śledź w oleju, w occie śledzie,
Jak u króla na objedzie.
Jest sałatka bardzo zdrowa,
Wonna zupa też grzybowa.
Dań dwanaście mus wyliczyć,
Lecz mi pilno do słodyczy.
Pachnie ciasto z rodzynkami –
Bardzo pyszne – dzieło mamy.
Brzdąc już każdy oczkiem zerka,
Jak z choinki zdjąć cukierka.
A choinka – jaka śliczna!
I ta suknia jej magiczna,
Co zachwyca Wszystkie dzieci,
Bo ta suknia lśni i świeci.
Nie ma na niej gałązeczki,
Bez prześlicznej zabaweczki.
Wiszą cuda i cudeńka,
Bo Śnieżynka jest maleńka,
Kolorowe Mikołaje
I drobiazgi jakby z bajek.
A tych bombek sam nie zliczę…
No i gwiazda jest na szczycie!
I ten zapach jej igliwia –
Dziś szczególnie nas roztkliwia.
Jest miłości atmosfera,
Bo się Chrystus rodzi teraz.
Nie ma waśni ani kłótni,
Kiedy anioł gra na lutni.

W tej doniosłej właśnie chwili,
Wszyscy są dla siebie mili.
Tata uśmiech śle mamusi,
Dziadek tuli główkę wnusi.
Babcia dzisiaj spracowana,
Wzięła wnuczkę na kolana.
Duży Wojtek, psotnik znany,
Nawet słucha się dziś mamy.
I się siostrze nie sprzeciwia,
Czym rodzinę swą zadziwia.
Ale Wojtek-jak się zdaje-
Poczuł lęk przed Mikołajem;
Bo najmilszy ten nasz święty,
Grzecznym tylko da prezenty.
I on zawsze dobrze wie,
Kto jest grzeczny, a kto nie!
Więc sumienie Wojtka dręczy.
-Może Święty…rózgę wręczy?
Wszyscy wiedzą, że dla dobrych,
Jest Mikołaj bardzo szczodry.
Teraz licząc na te względy,
Na fujarce gra kolędy.
Ćwiczył granie miesiąc cały,
Siostry nucąc wtórowały.
Dzisiaj w wieczór wigilijny,
Mamy koncert familijny;
Bo i łysy wujek Leon,
Chwycił dziarsko akordeon.
Grać tak ładnie-to jest sztuka!
Raptem do drzwi ktoś zapukał.

To Mikołaj, wita w progu,
chwałę dając Panu Bogu:
-Niechaj będzie pochwalony,
Chrystus właśnie narodzony!
I jak wierni katolicy,
Cześć Maryi dał Dziewicy.
Patrzą dzieci z wypiekami,
Na wór pełny z prezentami.
Ale nie ma się co cieszyć,
Bo Mikołaj się nie śpieszy.
Nim otworzył wielki worek,
Najpierw spytał o paciorek.
– Ależ Święty Mikołaju!
Tutaj dzieci pacierz znają.
„Zdrowaś Mario”, „Ojcze nasz”,
Zna to dobrze każde z nas!
Wtem poetka, Genia mała,
Swą Kolędę Zaśpiewała:
„Pierwsza gwiazdka świeci –
Oto zwiastowanie.
Cieszą się już dzieci,
Na kolędowanie.
Módlmy się w podzięce,
Że się Jezus rodzi
W maleńkiej stajence –
Zbawiciel przychodzi.
Już kolęda płynie
W świat szeroki sobie,
O Bożej Dziecinie,
Która kwili w żłobie.
Hej, kolędo święta,
Obdarz nas pokojem.
Jezusek pamięta,
Biednym da ostoję.
Hej, dzięki składamy,
od polskiej rodziny;
Wszyscy się kłaniamy,
W Boże Narodziny!”
Wszyscy byli zachwyceni,
Cudnym głosem zdolnej Geni.
Tak zaśpiewać – wielka sprawa,
Więc dla Geni, gromkie brawa!
Wnet Mikołaj Uśmiechnięty,
Wszystkim dzieciom dał prezenty.
Piękna lalka jest dla Marty,
Wojtek dostał świetne narty.
(Tu w sekrecie wam zaręczam,
Że Mikołaj rózg nie wręcza)
A w rączętach małej Geni –
Złote pióro, aż się mieni.
Takie pióro, przedniej marki –
Świetny prezent…dla pisarki.
Jeszcze powiem wam w sekrecie
(Bo nie wszyscy o tym wiecie),
Że gdy przyjdzie ta noc święta,
Coś powiedzieć chcą zwierzęta.
Po kolacji więc dzieciaki,
Chcą usłyszeć swe zwierzaki.
Zdolna Genia ma dwa koty,
Ale poszły gdzieś niecnoty.
Koty pewnie mówić mogą,
Jednak chodzą swoją drogą

Mała Marta ma chomika,
Lecz ten chomik jej unika.
W swoim domku gdzieś się schował –
Chyba chomik – to niemowa.
Ara Wojtka się nie chowa,
To papuga kolorowa.
Ona zwykle głośno skrzeczy,
Często plecie coś od rzeczy.
Dzisiaj jednak okiem mruga
I tak mówi ta papuga:
– Posłuchajcie drogie dzieci,
Co też anioł wam polecił.
” Jezus niesie wam przesłanie:
Najważniejsze – miłowanie.
Więc otwórzcie swe serduszka,
Dla miłości do Jezuska.
A ponieważ mało tego,
Kochaj też bliźniego swego!”



Autor: Cezary Piotr Tarkowski
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/w-wig ... ki-2015-12
Avatar użytkownika
krzysiek4
 
Posty: 5341
Dołączył(a): Cz kwi 21, 2011 3:36 pm
Lokalizacja: Peloponez

Następna strona

Powrót do Ciekawe artykuly i filmy z innych stron-po polsku

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości